„Ten , który nie drży, się nie wzdraga, nie drga, nie dygoce, się nie trzęsie, nie waha, nie chwieje- ten, kto nie przechodzi tych wszystkich stanów, ten jest schronieniem.
Wszak dający schronienie, jak wiadomo, nie posiadają żadnego drżenia, wzdragania się, drgania, dygotania, trzęsienia się, wahania, chwiania, ani też nigdy nie przechodzą takich stanów.
Ten, kto się wyuczył, bo mu nakazano, nie jest mędrcem. Ale ten, kto wszystko zliczył, kto poznał, ten jest schronieniem. Tak oto rzekł święty, wieszcz Mankhaliputra.”
Hymny wieszczów. Isibh11

„Pytasz więc, czy wybrał bym nigdy się nie urodzić? Trzeba się urodzić żeby wybrać, a sam wybór pociąga za sobą zniszczenie. Ale spytaj mojego brata, o tu , na krześle. Masz rację to krzesło jest puste; mój brat nie zaszedł tak daleko. Ale i tak go spytaj, bowiem mknie jak wiatr pod niebem, rozbija się o piaszczyste brzegi, pachnie w trawie, czerpie rozkosz ze swej siły, gdy goni za żywym pokarmem Czy sądzisz że jest poszkodowany, skoro nie potrafi wypełnić swojego losu jako jeden z petentów na liście zgłoszeń Towarzystwa Mieszkaniowo-Oszczędnościowego Oslo? A czy ty kiedykolwiek za nim tęskniłeś? Rozejrzyj się któregoś popołudnia po zatłoczonym tramwaju i zastanów, czy pozwoliłbyś na przeprowadzenie loterii, w której wybrano by jednego z tych umordowanych harówkowiczów na kandydata do wrzucenia w ten świat?”

Peter Wessel Zapffe

„Szczęście, radość, przyjemność musi mieć swoją miarę aby nie stać się cierpieniem które ze swojej natury żadnej miary nie ma.
Wolna wola przynosi nam niewolę poczucia winy za dokonane wybory. Zrozumienie jak bezwolni jesteśmy wobec Konieczności przynosi wolność i spokój. Droga Konieczności jest pełna zaskakujących , często fascynujących, zwrotów i z natury harmonizuje z naszymi wewnętrznymi potrzebami, daje poczucie spełnienia. Wola która początkowo sprawiała wrażenie wolnej przyniosła w konsekwencji rozczarowanie ograniczeniami naszej własnej wyobraźni i podobno naszymi własnymi zaniechaniami czy błędami. Wolna wola jest jedną z kluczowych technik zarządzania poczuciem winy jakie stosowane są wobec ludzi, poczucie konieczności uwolniłoby w nich zbyt wielkie zasoby wolności”.

J.Bzoma

„Nie jest wcale jasne, czy biologiczna forma świadomości,rozwinięta do obecnej postaci przez ewolucję na naszej planecie, jest pożądaną formą doświadczenia, faktycznie dobrą samą w sobie.(…)
Jedynym teoretycznie martwym punktem obecnej filozofii umysłu jest kwestia świadomego cierpienia: tysiące stron pisze się o qaliach barw bądź zawartości myślenia, natomiast niemal żadna praca teoretyczna nie omawia wszechobecnych stanów fenomenalnych, takich jak ludzkie cierpienie czy zwykły powszedni smutek(„depresja subkliniczna”), ani też treści fenomenalnej związanej z paniką, rozpaczą oraz melancholią- nie mówiąc już o świadomych doświadczeniach śmierci bądź utraty godności.(…)

Zagadnienie etyczno-normatywne ma wyższą rangę. Gdyby ktoś ośmielił się przyjrzeć faktycznej fenomenologii systemów biologicznych na naszej planecie, spostrzegłby, że różne rodzaje świadomego cierpienia stanowią co najmniej równie istotny element życia jak postrzeganie koloru, czy świadoma myśl, które pojawiły się stosunkowo niedawno. Ewolucja nie jest czymś, co należałoby gloryfikować. Jednym ze sposobów- niezliczonych sposobów-patrzenia na ewolucję biologiczną na naszej planecie jest podejście jak do procesu, który stworzył ocean cierpienia i zamętu, gdzie wcześniej nie było żadnego. W miarę jak nieustannie rośnie nie tylko liczba osobnych świadomych podmiotów, ale również wymiarowość ich fenomenalnych przestrzeni stanu, pogłębia się także ocean cierpienia. Jak dla mnie jest to również silny argument przeciwko tworzeniu sztucznej świadomości: nie powinniśmy powiększać tego koszmarnego bałaganu, zanim nie zrozumiemy, co tu się naprawdę dzieje. (…) Istnieją oblicza światopoglądu naukowego, które mogą zaburzać spokój naszego umysłu i wszyscy to przeczuwają.” ( Thomas Metzinger- A Self Worth Having)
„A najstraszniejszą rzeczą, jaką możemy się o sobie dowiedzieć jest to, że każdy z nas jest nikim, a nie kimś, marionetką a nie człowiekiem.(…) Jest strategią konieczną, jeśli mamy żyć dalej jako byty paradoksalne, które znają stawkę, ale temperują zapędy świadomości, żeby nie poznać tej stawki zbyt dokładnie.” dodaje Thomas Ligotti

Kiedy już wszyscy przejrzymy tę grę w jaką z nami gra Świadomość pozarefleksyjna, Ta spoza Granicy 5/6 i Ta która jest jej podszewką 8-12, nie pozostanie nam nic innego jak zacząć zachowywać się wobec siebie, nawzajem, przyzwoicie. Choćby tylko po to aby uniknąć śmieszności.
A co z tymi którzy stracą oparcie w ochronnych ideałach czyli w urojeniach społecznego transu konsensusowego? Ligotti mówi że;
„ Gdyby utracili oparcie w tych swoich ideałach, honor kazałby im postradać rozum.(…)Nie ma wątpliwości, że przetrwaliby to doświadczenie, jak wielu przed nimi.(…) Ile jeszcze zniesiemy, (i) w jaki sposób ludzka rasa przyjmie wiedzę, że nie ma żadnej ludzkiej rasy-że nie ma nikogo?”

Swoją drogą szaleństwa nie trzeba się obawiać ani go tabuizować. Psychiatria ewolucyjna wyjawia nam, że wiele chorób psychicznych; schizofrenia, depresja jak i euforia naprzemiennie występująca w chorobach dwubiegunowych to dawne strategie przetrwania jakie umysł stosował od tysiącleci. Jedne służyły przetrwaniu w czasach opresji i niedostatku a drugie w czasach nadmiaru.
Ostateczne rozpoznanie siebie jako samoświadomej autoiluzji nie jest niczym strasznym.
To kwestia przyzwyczajenia, opracowania języka w którym się w ten sposób o sobie myśli i mówi, na dodatek taki stan umysłu pozwala penetrować obszary Świadomości do tej pory niedostępne z powodu barier wyobrażeniowych, emocjonalnych i mentalnych.

Gdybyśmy byli wciąż świadomi naszą dzisiejszą świadomością,że po tej oto młodej parze ,stojącej na ślubnym kobiercu, mającej w planach domek z ogródkiem i gromadkę ślicznych dzieci , nieodwołalnie, prędzej czy później, przejedzie walec bytu albo byśmy postradali zmysły albo w końcu zaakceptowali tę szaloną grę, rozumiejąc jej Konieczność.
Jak na razie martwi, po skończonym przedstawieniu, wstają na bis 🙂

Jak przedstawia się percepcja na poziomie Świadomości który obejmuje jednocześnie wszystkie byty jednostkowe?

Sen pierwszy.
Żołnierze w dwuszeregu maszerują tyłem i każdy z szeregów zatacza idąc wciąż tyłem pętlę. Jeden szereg skręcając w lewo drugi w prawo i wciąż tyłem po zatoczeniu pętli idą obok siebie dwoma szeregami. Kiedy to narysowałem wygląda jak linie sił pola magnetycznego.

Drugi sen. Mężczyzna co kilka chwilę siada z szeroko rozstawionymi nogami na krześle. Kiedy tylko usiądzie , pomiędzy jego nogami siada kobieta. Kobieta siada niżej , „na ziemi”, opierając się plecami o uda mężczyzny. Siadając podchodzi do nie go tyłem.

Wrażenie mam co najmniej dwojakie.
To rodzaj zaufania ale i ślepego wykonywania swojej roli a również jakaś dyscyplina która jest tak oczywista że nie podlega żadnej dyskusji. Jest siła męska, sprawcza i żeńska wykonawcza, ślepo posłuszna. Na dodatek magnetyczna!

Przez drugie pół nocy siedziałem z jakimś facetem na dachu wieżowca , coś mi przez ten czas tłumaczył. Jednak zapamiętałem tylko ostatnią radę jakiej mi udzielił nad ranem. To była raczej projekcja do mojego umysłu niż słowa. Ostrzegał mnie abym niczym nie rzucał w tych którzy stoją na krawędzi dachu zwróceni tylnym przodem do krawędzi, bo się przestraszą .Tam przed nimi bowiem nie ma niczego. To znaczy jest Nicość.
Po obudzeniu jednak nie to mnie zdziwiło, no bo wiadomo, że jak się stoi zwróconym w stronę zwierciadła nie powinno się go mylić ze swoją rzeczywistością. Przyszła mi do głowy myśl straszniejsza. Że nasz ludzki przód , wszystkie nasze zmysły do postrzegania przestrzeni, cała nasza percepcja i anatomia przystosowana jest do chodzenia do tyłu co z przyzwyczajenia określiliśmy przodem !!! Oczywiście walnęlibyśmy w coś poruszając się na jawie do tyłu ale być może utrwalonego na jawie wyobrażenia nie powinniśmy przenosić do snu.
Trzeba by się zapytać co by się stało we śnie gdybyśmy zaczęli chodzić naszym wyobrażeniem anatomicznego tyłu do przodu?
Zasięgnę opinii Michała Sędziwoja, barona de Seruebau, największego alchemika XVI wieku. Zapytamy go dlaczego elementy Przejawienia poruszają się tyłem, może on coś wie ?
Bieganie do tyłu.
My, to znaczy kilka osób i chyba ktoś taki jak policja stoimy naprzeciw siebie na dwóch przeciwległych skarpach które opadają w nieckowate obniżenie które nas od siebie oddziela.
My zaczęliśmy , jak to się kiedyś ładnie mówiło, urągać „policjantom” z tamtej strony niecki.
Ja stosunkowo najmniej byłem w te zaczepki zaangażowany bo z natury nie lubię przesadzać 🙂 Faceci którzy jak wspomniałem przywodzili na myśl policję byli nieumundurowani ale represyjni. Niespodziewanie szybko znaleźli się po naszej strony podejścia z niecki ale ponieważ najbardziej odstawałem od powierzchni gruntu (!!!) to mną się zajął największy z nich. Zaczęliśmy z sobą zapasy. Obydwaj byliśmy jacyś śliscy, jakby naoliwieni ,więc wszystkie chwyty i jego i moje ześlizgiwały się z przeciwnika. Przypominało to zatem nie walkę a wzajemny masaż. Mój wielki przeciwnik miał jednak nade mną istotną przewagę. Był ode mnie dużo większy i cięższy mimo, że nie mógł mnie uchwycić swoją masą pchał mnie w lewo pod górę.
Obudziłem się i od razu zorientowałem, że to nie jest policja przejawieniowa tylko Czarni, czyli strażnicy karmy. Ten wielki był chyba ich szefem mógł być Czarnym 8/1.

Skoro tak , czyli tak że bieganie do tyłu jest walką z własnym cieniem to postąpię z nim nieco inaczej .
Zasnąłem i znowu jest nas kilku, wchodzę przez otwarte drzwi w głębi ekranu śnienia i zaraz za nimi po lewej patrząc od strony obserwatora ekranu (jestem w dwóch formach, uczestnika i obserwatora) widzę jakieś człekokształtne Coś. Walę go w łeb bez ostrzeżenia ale w związku z tym, że głowa nie chce się mu oderwać zaczynam pięścią wbijać mu głowę do środka tułowia. Kiedy skończyłem swoją robotę jakoś tak mimowolnie, chyba żeby w sztukach się zgadzało zacząłem mentalnie tworzyć kopię tego przed chwilą pobitego przeze mnie. Kopię z papieru, z jakichś starych gazet, na szczęście szybko się zorientowałem i tę odrastającą kopię cienia również pogniotłem.

Trzeci sen nad ranem ograniczył się do podróży , najpierw moi a potem samochodem szefa z 4 poziomu, mentalnego. Siedzę w samochodzie szefa na tylnym prawym siedzeniu i spoglądam na podsufitkę gdzie utworzyła się czerwona plama z rdzy przesiąkającej z dziurawego dachu. Żona szefa która siedzi a właściwie prawie leży na siedzeniu z lewej strony stopą zasłania ową plamę żebym nie odniósł złego wrażenia. Mówię że nie ma czego się wstydzić mój samochód na prawych drzwiach i z tyłu na bagażniku też rdzewieje.

Jak ukazują nam to sny,walka z cieniem jest niestety skazana na ciągłe zapasy i jak widać nawet na poziomie 4 poziom kauzalny(5) wciąż przecieka i prowokuje nas do tworzenia nowych cieni i wymaga ciągłej z nimi walki choć trzeba przyznać, że z czasem polem walki stają się coraz wyższe poziomy urojeniowości.

„Oświecenie w ujęciu buddyjskim istotnie wydaje się świetnie ufortyfikowaną twierdzą, której położenie nie podlega triangulacji przy pomocy słów, zgodnie z zasadą,że jeśli zapytujesz siebie, czy już dotarłeś na miejsce, to na pewno nie dotarłeś.”
„Doprawdy, to dopiero ‘dobra śmierć’-człowiek znika jako domniemana osoba i odradza się jako…nikt.” (Thomas Ligotti)

Najwyraźniej nie zaszczepiono w nas, jako ludziach, trwania bezosobowego, pozbawionego ‘ja’. Utrata ego, co zdaje się być sednem ustania, nie jest tak naprawdę, w tym świecie, nikomu do niczego potrzebna, zapewne stąd trudność w popadnięciu w ów stan. Zazwyczaj zdarza się nieoczekiwanie a czym bardziej naciskamy na jego osiągnięcie, tym bardziej jest on niemożliwy do osiągnięcia. Ego które chce samo siebie utracić jest oszustem który sam siebie oszukuje, odgrywającym przed sobą ego pragnące wyzwolenia od samego siebie.

Stan utraty ja jest zatem artefaktem bliskim patologii ludzkiego umysłu który rozreklamowany przez autentycznie oświeconych(oślepionych) lub tylko takich którzy ich naśladują. Stał się Graalem poszukiwaczy największej atrakcji duchowej, mniej lub bardziej udręczonych trudami życia a może jedynie owo udręczenie sobie wyobrażających jako wielkie.
Ernest Becker , antropolog kultury pisał ; „Jestem przekonany, iż ludzie podejrzewający, że pełne zrozumienie własnego położenia przez człowieka doprowadziło by go do szaleństwa, mają słuszność, przy czym mowa o szaleństwie w sensie dosłownym.”

Czym zatem jest utrata ego w wyniku oświecającego ustania ?
Eksplozją ja przeciążonego szaleństwem dogłębnego zrozumienia swojego statusu !
Ten kryzys może nastąpić samoistnie albo w wyniku długotrwałego prowokowania osiągnięcia tego stanu drogą medytacji. Zapffe spuentował by to w następujący sposób; zachowujemy porządek w głowach jedynie dzięki sztucznemu zredukowaniu zawartości swojej świadomości.

Gdyby nie dwukrotny proces odwracania przez mózg obrazu jaki dociera poprzez soczewkę do naszej siatkówki (granice 5/6 i 8/9) to co ujrzelibyśmy pomiędzy twardymi bryłami materii z którymi nie zderzamy się na co dzień w wyniku tej sztuczki, ujrzelibyśmy nie tylko cały świat urojeniowy który nas otacza „bezdotykowo” ale i czystą podstawę Świadomości z której wyłaniają się samoświadome byty u zarania przejawiania się. Istny horror zarania bytu wyłaniający się z brahmanicznej mgły. Wokół nas; za nami , pod nami, przed nami, nad nami i w nas ! Zbiór przybierających dowolne formy jaźni których nie potrafilibyśmy odróżnić, ani jednych od drugich ani od nas samych! W takich warunkach jedynym rozwiązaniem jest właśnie ustanie ‘ja’ i gdyby było naprawdę naszym przeznaczeniem jako ludzi byłoby powszechnie dostępne. Tymczasem Dusza 7 potrzebuje tej naszej mózgowej izolacji i podejrzewam że cała ewolucja biologicznych nośników świadomości jest jej sprawką, a to po to aby utrzymywać nas w tych dołach śmierci, trzymających się ziem pazurami życia za sprawą naszego urojeniowego ‘ja’.

Warto rozważyć jeszcze jedną kwestię, mianowicie czy utrata ‘ja’ w procesie oświecenia nie jest swoistego rodzaju wycofaniem świadomości z płatów czołowych mózgu, które są najnowszym nabytkiem ewolucyjnym człowieka, do kory starej, wspólnej wszystkim ssakom. Ot taka swoista autopsycholobotomia. Oczywiście są przypadki patologii mózgu które dają podobny oświecający efekt. Mamy zatem analogiczne egzemplum jak w przypadku stanów dysocjacyjnych w padaczce skroniowej(Dostojewskiego) i eksterioryzacji w wyniku ćwiczeń pozwalających osiągnąć OOBE/LD.

„Kiedy znika osobowa jaźń, nie ma w środku nikogo, o kim można by powiedzieć, że to ty. Ciało to ledwie zarys, powłoka pozbawiona wszystkiego, czym była dotąd wypełniona.(…)Nie było nikogo, kto myślał, nikogo kto odbierał bodźce, nikogo kto czuł. A mimo to umysł , ciało oraz emocje funkcjonowały nie zakłócenie; najwyraźniej nie potrzebowały żadnego ‘ja’ do robienia tego, co zawsze robiły. Nikt nie podejrzewał że doszło do tak gwałtownej zmiany. Rozmowy odbywały się jak wcześniej;języka używano w ten sam sposób. Zadawano pytania i odpowiadano na pytania, prowadzono samochód, gotowano posiłki, czytano książki, odbierano telefony, pisano listy.”
(Suzanne Segal- Collision with the Infinite)

Stała się ego-trupem! W szczytowym okresie ego-śmierci Segal dwadzieścia cztery godziny na dobę znajdowała się w stanie ekstatycznym. Pisała ; „Ukazał się cel ludzkiego życia. To ogrom stworzył zespół ludzkich obwodów, aby uzyskać doświadczenie siebie poza sobą, którego nie byłby w stanie osiągnąć bez nich.” Widziała we wszystkim użyteczność ponieważ wszystko służyło celom ogromu ! Tak też to się śni śniącemu. Bóg który podąża za nami szlakami naszych obwodów neuronalnych,w moim śnie było to dosłowne poruszanie się Ogromu po drukowanej płytce elektronicznej śladem mnie który szedł tymi ścieżkami.

Pod koniec życia Segal zaczęła doznawać jeszcze intensywniejszych stanów w których „Ogrom stał się dla siebie zbyt ogromny”. Zmarła wkrótce potem na niezdiagnozowanego guza mózgu.
Dlaczego tak się stało? Sny mówią, że to my jesteśmy fabryką energii dla Źródła Ogromu. I zostajemy przezeń ostatecznie pożarci kiedy tylko się w tym zorientujemy i przestaniemy ją produkować zabijając ego , źródło „prądotwórczej” iluzji urojeniowej , emocji. Co eufemistycznie możemy sobie nazywać na przykład oświeceniem, śmiercią ego, w niebo wstąpieniem, zbawieniem, et cetera.

Umysł daje się obejść ale Świadomość wciąż czuwa 🙂

Ścisły związek z urojeniowym cieniem i wzrastającą karmą jaką nasz umysł tworzy nieprzerwanie aby podtrzymać istnienie swojego biologicznego nośnika w tak zwanym dobrostanie bo -”Zawsze coś więcej jest do chcenia”, a dotyczy to również pragnienia rozwoju duchowego, mają podróże na poziomy urojeniowo minusowe, piekielne. Warto wiedzieć, że każdy poziom Świadomości również buddyczny 6 a nawet brahmaniczny 8 , czy Nieprzejawiony 8-12 , ma swoją urojeniowo- minusową wersję. Właśnie dlatego każdy kto poświęcił kawał życia na tak zwany rozwój duchowy powinien zmierzyć się z wyobrażeniem o własnym postępie w tej dziedzinie. Może się bowiem okazać, że trzydzieści lat medytacji połączonej ze stymulacją oświecającym kijem zaprowadziło nas na manowce z których trudniej się będzie wydobyć niż kiedy rozpoczynaliśmy swoją praktykę duchową jako ignoranci. Nasz horyzont nigdy nie jest dość szeroki aby wiedzieć na pewno ku czemu się zbliżamy, ani co zbliża się do nas. Jak powiedział Roshi Kwong zapalając kadzidło na sopockim strychu, w intencji powodzenia pewnego projektu artystycznego, strychu na którym czasowo zamieszkał podczas wizyty w Polsce ; „Życie to aktywne uczestniczenie w stracie”.
Warto zatem zapytać przed snem jaki postęp, i komu, przyniosła moja długoletnia praktyka?
Na trop urojeniowej minusowości trafiłem podczas gromadzenia snów do Księgi V, Krajobrazów mojej duszy, podczas poszukiwań odpowiedzi na pytanie o Przyczynę Wszystkiego.

Poszukiwanie Przyczyny wszystkiego
Chodzę po jakiejś pergaminowej powierzchni (po grzbiecie własnej dłoni !). Po prawej stronie, jak gdyby wokół palców tej dużej dłoni, jest zaznaczona, wytatuowana (?) falbanka. Ja chodzę i nakłuwam grzbiet „dłoni”. Mówię sam do siebie, że gdybym robił to wolniej, to niebezpieczeństwo byłoby mniejsze, nakłucie miałoby czas się zagoić , a tak przy takim pośpiechu zapewne zajdzie potrzeba wezwania chirurga (czerwień).
Budzę się. Rany boskie, wyszedłem z własnego ciała pomniejszony do rozmiarów krasnoludka? Chodziłem po własnej dłoni? Zrobiłem to chyba zbyt prędko, powinienem zwolnić! Nie wiem, czy aby na pewno wylądowałem w miejscu, do którego dążyłem. To nie Przyczyna Wszystkiego, tylko poziom pod powierzchnią normalnego życia. Poziom minus dwa!
Proszę Szirin o transkrypcję na język dla mnie zrozumiały.
Sen:
Najpierw topografia pomieszczenia w którym jestem przesłuchiwany! Pomieszczenie podzielone jest na dwa pokoje. Topografia za punkt rozwinięcia będzie miała drzwi wyjściowe. Siedzę przy biurku w drugim pomieszczeniu, w głębi po lewej stronie od głównych drzwi. Przesłuchujący siedzi za biurkiem, jeszcze bardziej po lewej stronie, jeszcze bardziej w głębi drugiego z pomieszczeń. Obok mnie, bardzo trudno mi określić, po której stronie, ale chyba po prawej, stoi pomocnik przesłuchującego, który jest jednocześnie moim sprzymierzeńcem (czuję, że jest albo moim przewodnikiem, albo wręcz mną samym!).
Informacje, jakich udzielam Przesłuchującemu, wzbudzają jego niedowierzanie, a nawet irytację. Tak to odczuwam, ale to przecież trik każdego przesłuchującego mający na celu zmuszenie przesłuchiwanego do zdradzenia wszystkich szczegółów.
W pewnym momencie, kiedy widzę, że jego niedowierzanie przekroczyło normalne granice, mówię, że skoro tak, to ja wycofuję całe swoje zeznanie! W czasie przesłuchania, dla swojego uwiarygodnienia, podałem nawet dokładne cechy fizyczne i ślady na ciele, po których można zidentyfikować przesłuchującego, a których nie widać gołym okiem (!). Miało to pokazać, że wiem nawet o jego ukrytych bliznach, więc to, co mówię o pozostałych sprawach, również jest prawdziwe. Mówię że ma dwie (!) blizny. Druga jest tak jakby dwoma wariantami jednej, dlatego tak naprawdę blizny są trzy (zagadnienie kopiowania, minusowości-mikropsji i plusowości-makropsji, która jest w pewnym sensie również minusowością, tyle że nieludzką, wyjaśni się wkrótce!). Na lewym udzie przesłuchujący ma bliznę małą i okrągłą (!), jak po ranie postrzałowej, a na lewym udzie ma prostokątną (!) bliznę oparzeniową. Ale skoro nadal mi nie wierzy, to wszystko odwołuję i wychodzę.
Wstaję, odwracam się i idę do pomieszczenia, które było za moimi plecami, kiedy siedziałem przed biurkiem. Wchodząc do drugiego pomieszczenia, będącego praktycznie przedsionkiem tego, w którym siedzieliśmy, skręcam w prawo w stronę drzwi wyjściowych (polaryzacja dziewięćdziesiąt stopni!). Kiedy znowu wszyscy trzej jesteśmy w przedsionku (przesłuchujący mnie jednak nie zatrzymuje), ja wyraźnie jestem swoją świadomością w sobie wychodzącym i w pomocniku przesłuchującego! Nie wiem dlaczego, chyba z powodu irytacji przesłuchującego, podejrzewam, że on mnie stąd żywego nie wypuści. Sięgam więc po broń, którą mam przytroczoną do lewej łydki, próbuję wypalić do przesłuchującego, który idzie za mną. Nic z tego, broń jest nie nabita!
Ja jako pomocnik przesłuchującego solidaryzuję się ze sobą przesłuchiwanym, sięgam po rewolwer, który leży na małym stoliku na lewo od drzwi. Mierzę w przesłuchującego. Naciskam na spust. Rewolwer również nie wypala. Przesłuchujący nie reaguje lękiem, a wręcz przeciwnie, zachęca mnie – czyli mojego pomocnika – abym powtórzył to zdarzenie raz jeszcze, mądrzejszy o wiedzę, że bębenek rewolweru nie jest nabity. Powtarzam to jeszcze raz, tak jakby samo powtórzenie miało spowodować załadowanie rewolweru. Tymczasem popadam w to samo złudzenie jak za pierwszym razem. Znowu celuję w przesłuchującego i naciskam spust. Znowu widzę, że bębenek jest pusty, tak, że suchy trzask iglicy już mnie nawet nie dziwi.
Kiedy jest już wszystko jasne i nie pozabijaliśmy się, to znaczy ja/my jego, a on nie wykonał egzekucji na przesłuchiwanym, po wyjściu z przedsionka na korytarz przesłuchujący rozpina spodnie i pokazuje nam dwie blizny, o których opowiedziałem w czasie przesłuchania. Wszystko jest tak, jak mówiłem – na prawym udzie mała blizna, na lewym duża prostokątna (oczywiście jego prawym i jego lewym, dla mnie wszystko jest odwrotnie). W pierwszej chwili kiedy przyglądam się prostokątnej bliźnie „ogólnie”, blizna jest jedynie prostokątem pomarszczonej skóry. Kiedy przesłuchujący pozwala się nam przyjrzeć dłużej, okazuje się, że ten prostokąt jest głębokim wycięciem w jego udzie, a górny i dolny brzeg blizny jest połączony rodzajem skórnego pomostu o specyficznej ornamentyce. (Kiedy w przyszłości w końcu dotrę świadomie na poziom minus dwa, omal nie stracę na tym moście życia!) Przesłuchujący objaśnia pozawerbalnie (przez cały czas tylko tak się porozumiewa z nami), że to właśnie ten pomost spowodował, że reszta oparzenia się zabliźniła. Pomost jest symetrycznym wzorem o centrum symetrii na środku swojej długości, nad środkiem rany. Pod koniec naszego przyglądania się różnica pomiędzy poziomem zdrowej skóry i pomostem będącym na jej poziomie a dnem oparzenia jest tak duża, jakby zdrowe, otaczające dawną ranę powierzchnie były kilka centymetrów wyżej niż dno oparzenia. Brzegi rany wyglądają jak przekrój grubego boczku! Obydwie blizny, również ta pogłębiająca się, powstały w dzieciństwie (!) przesłuchującego.
Budzę się i od razu myślę sobie, że będzie się nad czym zastanawiać
przez cały następny dzień.
To jednak nie koniec snów tej nocy, ponieważ znowu zasnąłem.
Jestem jedną z dwóch osób, które obserwują zakole utworzone przez żywopłot dotykający swoją wklęsłością prawej ściany budynku, który jest za nim. W pewnej chwili przez żywopłot przedziera się nieduży człowiek, to chyba dziecko, ale po chwili orientuję się, że to ja, tylko mały (!). Pomniejszona kopia! (Abym mógł pozna Przyczynę Wszystkiego musiano wszystko przeskalować
i tak naprawdę to nie mnie pomniejszono, a pokazano, że otoczenie, które odwiedzam, jest w całkiem innej skali wobec mojego wyobrażenia o sobie i świecie! Wcześniej ten zabieg symbolizowało rozcieńczanie roztworu (żółtego), w którym się znajdowałem, oraz obniżanie poziomu otoczenia mojego domu).
Uciekam. Musiałem wyskoczy oknem i teraz pospiesznie umykam. Kiedy moja kopia przedarła się przez żywopłot, biegnie w lewo, okrążając budynek. Biegnie po swój jednośladowy (!) pojazd, który zostawiła z lewej strony budynku przed głównym wejściem. Otoczenie budynku to coś pomiędzy kampusem uniwersyteckim a sanatorium. Kręci się tu sporo osób, ale nikt na moją kopię nie zwraca uwagi.
Tym razem budzę się ze zdziwienia! Mój drugi „ślad” wcześniej został zlikwidowany przez jadący za mną ryczący pojazd wyścigowy, czyli odpowiednik byka, który „strzeże” przejścia pomiędzy prawą i lewą stroną na wysokim poziomie. Po dłuższej chwili zasypiam.
W szafce pozbawionej drzwiczek, stojącej po prawej stronie ekranu, leży mnóstwo papierów. W jej wnętrzu pod papierami po prawej stronie siedzę mały ja. Schowałem się! Pomocnik, którym jestem również ja, mówi do mojej kopii:
– Nie popłakuj, bo nie rusza mnie to!
Mówię to twardo, aby zmobilizować swoją kopię i podnieść ją na duchu, a nie z braku litości nad jej przerażeniem!
Budzę się. Ale się spietrała, ta moja kopia zapasowa! Chyba myślała, że Przesłuchujący naprawdę ją sprzątnie!
Zasypiam.
Pośrodku ekranu widzę ciemną zasłonę. Z prawej strony do jej dolnej krawędzi nachyla się bibliotekarka (!). Próbuje mi coś pod tą zasłona pokazać. Potem mówi, że po co śledzić żonę, skoro i tak można zobaczy jego (!) stary płaszcz(tzn. Paroket). I rzeczywiście teraz z ciemnej zasłony utworzył się płaszcz. Płaszcz stoi o własnych siłach (!) w przejściu pomiędzy straganami (bazar przy drodze tranzytowej, okolica granicy 5/6) ustawionymi po obydwu stronach samego przejścia. Płaszcz jest już w wielu miejscach poprzecierany i spłowiały. Jest „pusty” w środku, a mimo to wygląda, jakby kogoś okrywał. Jest zrobiony z wzorzystej tkaniny w wąziutkie pionowe paseczki. Kolory pasków co jakiś czas powtarzają się. Bordo, żółty, zielony, chyba czarny itd. Kolory są mocno wyblakłe. (Już widziałem te paseczki w dawnych snach).
Budzę się i zasypiam, prosząc o jeszcze jakieś informacje o Przyczynie Wszystkiego. Jeszcze przed zaśnięciem zwracam uwagę na to, że sen o przesłuchującym również pokazywał nogi! Trzeba będzie to wszystko, w dzień, na nowo przeanalizować. Tym bardziej że most skórny stanowił jakiś dziwny ornament, niestety nie potrafiłbym go na jawie narysować ze wszystkimi szczegółami. Zasypiam już nad ranem.
Stoję naprzeciw okna, które nie jest niczym zasłonięte. Oglądam kaloryfer pod oknem. Ma dziwną konfigurację, zawór jest na środku (!) całej konstrukcji, a od zaworu na boki odchodzą dwie grupy żeberek, jak skrzydła od tułowia ptaka. Na zaworze widzę rdzawy naciek, ale wiem, że nie pochodzi z zaworu, ale z wody, która przecieka pod framugą całkowicie odsłoniętego okna. Pytam mieszkańców, którzy stoją za mną, czy to nie jest czasem okno wychodzące na zachód, bo deszcze zacinają właśnie najczęściej od tej strony. Coś w tym musi być, bo światło przedostające się przez okno nie jest światłem ze słonecznej strony. Na dodatek okno zacienia ściana znajdująca się za nim po prawej stronie. To zacienienie ma swoje dalsze konsekwencje, ponieważ to z niego definiuje się na oknie stara poprzecierana zasłona. Zasłania prawą połowę okna. Zasłona ma wzór w pionowe (!) paski o spłowiałych kolorach. Mówię do mieszkańców, że ja ją im zdejmę, ale na ten czas, kiedy będę ją zdejmował, aby nie by widzianymi, a raczej odsłoniętymi (we śnie nie nazywam ich oślepionymi), powinni jednocześnie z moim zdejmowaniem zasłony zaciągnąć cieniutkie firanki z obydwu (!) stron.
W tym samym czasie rozlega się w moim śnie głos:
– To cud na duszy!
Budzę się. Cud cudem, niejeden już po tamtej stronie widziałem, ale wiele wskazuje na to, że już wkrótce uda mi się odsłonić najstarszą zasłonę istnienia. Obym się tylko nie rozczarował!
Pouczono mnie, że nie muszę śledzić najdalszych podróży swojego przewodnika (żona), aby zobaczyć płaszcz. On jest nam dostępny bez tego. Czyżby chodziło o to, aby pytać przewodników, zamiast pokonywać taki szmat drogi samodzielnie, czy o to, że ta zasłona jest blisko nas!?
Pytam Szirin(swojego ‘ibbura), czy nie zostało tam jeszcze coś z wczoraj, czego mi nie zdążyła opowiedzieć.
Złożyło się jakoś tak dziwnie, że mam teraz trzy (!) prawie identyczne samochody. Pierwszy stary, w świetnym stanie, mało używany, drugi, który kupiłem już ze sporym przebiegiem, ale bezwypadkowy i trzeci o nieznanej mi historii, ale wyglądający nieźle. Tym jeżdżę najczęściej, bo mi go nie szkoda. Muszę jednak co jakiś czas używać również drugiego, a nawet pierwszego samochodu, żeby żaden z nich się nie zastał. Wszystkie trzymam w garażu ojca (!). Dzisiaj wyjeżdżam pierwszym, najstarszym i najrzadziej używanym samochodem.
Kiedy tylko wyjeżdżam z garażu na lewą stronę (jadę z kimś jeszcze, chyba z ojcem?), opuszczam (!) osłonę przeciwsłoneczną (!) przed sobą. Zaszła chyba taka potrzeba. Musiałem coś jeszcze nacisnąć, czego w swoim samochodzie przez tyle lat nie odkryłem, ponieważ na powierzchni zasłony, która jest zazwyczaj skierowana ku podsufitce, widzę ekran, na którym wyświetla się schemat zmiany biegów, taki jak w automacie. Pozycja neutralna jest pośrodku. Schemat jest bardzo pożyteczny, bo wyświetla, na którym biegu jadę, i nie muszę spoglądać na lewarek, kiedy zawiedzie mnie pamięć odruchowa.
Budzę się.
Ale numer. Ten schemat to ten sam wzór, który miał przesłuchujący na swoim prawym udzie! Samochody to nic innego jak moje ciała subtelne. Tego ostatniego, mimo że najstarsze, dopiero teraz zaczynam używać i to incydentalnie. Jaki to, mądrze zaprojektowany, automat!
Druga wizyta w Piekle
Skoro zyskałem pewną samodzielność w podróżowaniu i prawo do jazdy tam, dokąd chcę, spróbuję powrócić do przestrzeni minus dwa. Co to jest poziom minus dwa?
Usłyszałem o jakimś spotkaniu w sprawie śnienia. Miejsce, o którym mowa, jest pośrodku Alei Warszawskich ( w mojej prywatnej symbolice to droga łączące poziomy 3 i 4 ). Wykombinowałem, że wejdę tam dużo łatwiej, kiedy przypnę sobie w klapie marynarki znaczek Związku Literatów należący do mojej żony. Po głębszym przemyśleniu z tego planu jednak zrezygnowałem. Mogą przecież poprosić mnie o dokument pozwalający nosić taką odznakę. (Zrezygnowałem zatem z podszywania się pod przewodniczkę z prawej strony).
Następuje przejście do innej przestrzeni, dużo starszej. Teraz znajdujemy się na ulicy w Krakowie. Stoimy przy dość dużej szafce podzielonej na kwadratowe przestrzenie. Trochę przypomina otwartą szafkę na buty. Obserwujemy (jest nas trzech) mężczyznę, który podchodzi do szafki z prawej strony i wyjmuje niewielki przedmiot z przegródki znajdującej się nieco bardziej po lewej stronie szafki. Mężczyzna bierze przedmiot do ręki i odchodząc, zwraca się do nas:
– Teraz chcecie eksplorować tę przestrzeń?
Odpowiadam wymijająco, nie wiedząc, z kim mam do czynienia.
Chodzę wzdłuż holu, w którym widzę również inne osoby, chcące podobnie jak ja samodzielnie (!) wybrać przestrzeń, do której chcą wejść. Zdaje się, że już nikt mi personalnie nie towarzyszy jak jeszcze przed chwilą. Spotykam dysponenta cienistoszarej (!) przestrzeni oraz prostokątnych drzwi do niej prowadzących, których „światło” należy obrócić do góry nogami, aby przez nie wejść (!).
W kolejnym śnie wciąż chodzę po długim holu i dowiaduję się, że aby wejść do tej przestrzeni, należy zamknąć wejścia do wszystkich pozostałych (!).
Siedzę i rozmawiam z nowymi znajomymi w pomieszczeniu po lewej stronie ekranu. Nie pozwolono mi zapamiętać tematu rozmowy. Jeden z nowych znajomych, którego powierzchowność jest mi znana z jawy, proponuje, abyśmy przeszli do pokoju na prawo. Tam będziemy czuli się swobodniej. Przede wszystkim on (na jawie to bliska mi inteligentna osoba o naturze sybaryty). Kiedy wchodzimy, rozpoznaję pokój. Wygląda jak pokój Ojca z dziesiątego piętra. Mój gospodarz woli jednak rozmawiać ze mną w „swoim” pokoju, u siebie bowiem może swobodnie zapalić. Po lewej stronie robił to „nieoficjalnie”. Proponuję, aby otworzył okno, ale on nie ma na to ochoty. Chyba odpowiada mu dymny zaduch.
Tymczasem poproszono mnie z powrotem do pokoju po lewej do telefonu. Rozmawiam, stojąc. W słuchawce słyszę głos Ojca, który mówi podniesionym głosem, z pretensją, że tutaj goszczę (podwójne znaczenie słowa, bycie gościem i goszczenie u siebie innych!). Chodzi o tych, którzy siedzą wokół mnie. Krzyczy:
– Jestem przekonany, że tam dzieje się zło!
Ja od razu zaczynam się irytować. Odpowiadam opryskliwie, że on nie ma najmniejszego pojęcia o życiu i ludziach. Mam na myśli towarzystwo, które jest w tym pokoju, a które tak naprawdę sam tutaj zaprosiłem. Tak mnie ojciec wkurzył, że zaczynam mówić do niego na ty, czego normalnie nie czynię. Jak tak może obrażać moich nowych znajomych, moich gości? Ojciec również się irytuje. Jest tak wkurzony, że nie mogę rozróżnić słów w zdaniu, które do mnie wypowiedział. Tak jakby charczał do słuchawki. Kilkakrotnie pytam:
– Co powiedziałeś?
Nie mogę zrozumieć już słów, które wypowiada. To coś pomiędzy: „wchodź do sadzy” albo „wchodź do sauny”. Obydwaj jesteśmy tak wściekli na siebie, że przestajemy siebie rozumieć. W końcu mam zamiar złośliwie poprosić go, aby przeliterował to zdanie, które już kilka razy powtórzył w odpowiedzi na moje:
– Nie rozumiem, co do mnie mówisz!
Rezygnuję jednak, mając świadomość tego, że mogą mu puścić nerwy… ostatecznie!
Budzę się pełen emocji. Nie mam pojęcia, o co tak naprawdę poszło. Dopiero po chwili powraca do mnie dzienna świadomość i zaczynam rozumieć, o czym był sen. To ta sama przestrzeń, z której już raz wyciągnął mnie bezpiecznik. Teraz mam prawo samodzielnego poruszania się, więc sam decyduję. Bardzo cenną informacją jest ta, że Ojciec nie wiedział dokładnie, co tu się dzieje, a tylko się tego domyślał. Nie ma tutaj pełnego wglądu i kontroli nad tą przestrzenią! Ciekawe jest również pomieszczenie, w którym zostałem przyjęty, to kopia mieszkania rodziców z dziesiątego piętra! Mój gość, który mnie gościł, zdaje się chciał sprawić na mnie wrażenie przyjaciela samego Boga! Wcale tam nie było strasznie, ale może właśnie dlatego niebezpiecznie. To przestrzeń wolności od Rodziców! Czuje się tu odległe echo buntu przeciwko Źródłu!
Pytam Szirin, co ona wie o poziomach minusowych, a konkretnie o minus dwa (na dodatek dzisiaj są Zaduszki).
Na poziomie ZR widzę czarną tumbę (to tumba stomatologiczna, ale jej nazwa wywodzi się od greckiego tymbos, oznaczającego grób), na dnie leżą wyplute waciki i kawałki granatowej (!) kalki.
Zasypiam głębiej.
Jestem w piwnicy domu, w którym mieszkam. (Dom to poziom mentalny (4), piwnica to najgłębsza nieświadomość z tego poziomu, płytszą nieświadomość symbolizuje suterena). To najgłębsze miejsce w całym domu! Spoglądam na ciemne od brudu ściany, miejscami widać nawet nieotynkowane cegły. Przydałoby się to wszystko odświeżyć. Spoglądam do góry. Jest ciemno i wysoko. Nie widać sklepienia tej ponurej piwnicy. Wychodzę po schodach, ale kiedy jestem już w miejscu, gdzie powinny znajdować się drzwi wyjściowe z piwnicy, nie mogę otworzyć oczu! Tak jakbym miał sklejone powieki i nie mógł się obudzić! Nie mogę dojrzeć światła, które powinno padać z lewej strony poprzez świetlik w drzwiach wyjściowych z budynku na poziomie sutereny. Chcę już wracać, ale mój towarzysz, bliski mi sybaryta z fałszywego pokoju ojca, gdzieś się zapodział, chyba wrócił beze mnie i teraz muszę samodzielnie (!) odnaleźć drogę powrotną.
Jestem na dworcu kolejowym. Pociąg relacji Kraków–Warszawa ma odejść z peronu na samym dole dworca. Pociąg, który tu się znajduje, nie dociera do Warszawy Centralnej, a jedynie na przedmieścia stolicy. Aby się dostać do pociągu, trzeba pokonać schody. To co najmniej dwa (!) piętra. Właśnie wielość tych pięter jest sporym problemem we śnie, ponieważ one przesuwają się względem siebie i nie jest łatwo trafić na właściwy peron. Schodzę na sam dół i widzę, że pociąg stoi po prawej stronie. Trzeba by zejść z peronu i biec przez torowisko. Można oczywiście wrócić na piętro i próbować trafić na właściwy peron z góry, ale nie bardzo mam ochotę znowu piąć się po schodach i wracać na niełatwy do określenia peron. Kiedy stałem na górze, widziałem skład po lewej na dole, a teraz jest po prawej. Coś mi podpowiada, aby obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni. Tak też robię. Teraz widzę skład, o który mi chodzi, przy tym peronie, na którym stoję. Jest trochę cofnięty w głąb ekranu śnienia. Jest jeszcze trochę czasu do odjazdu, bo lokomotywa, która stoi bliżej mnie, nie jest jeszcze przypięta do wagonów. Idę w ich stronę, w głąb ekranu snu. Mam je przed sobą po prawej stronie peronu. Zanim jednak do nich dotrę, muszę ominąć dwóch bardzo wysokich (!) sokistów. Mijam ich, udając śmiertelny (!) spokój.
Stoję za dwiema dziewczynami w kolejce do kasy (kasa jest po prawej). Nie wiem, czy dziewczyny kupiły już bilet, czy ustąpiły mi kolejki, ponieważ zdaje się, że stanęły za mną (wciąż te obroty!). Podchodzę do lady i proszę o bilet powrotny. Bileterka jest apodyktyczna i mówi brutalnie, że mi nie sprzeda biletu, bo teraz to nie jest moja kolej (!). Nachylam się nisko nad ladą, chwytając jej brzeg po stronie bileterki, i charcząc jak dziki wilk (jak Ojciec do mnie wcześniej, przemówiłem zatem do niej językiem tutejszej wersji Boga!) wypluwam wściekle słowa prosto w jej twarz:
– Nie jestem ciemnym durniem, jestem psychologiem i nie dam sobą tak łatwo manipulować.
Kiedy wypowiadam te słowa, wiem że przydaję sobie znaczenia, ale niby jak ona może to sprawdzić? Ześlizguję się nieco w prawą stronę. Teraz bileterka nabiera do mnie nieco więcej szacunku i sprzedaje mi bilet. Właściwie to moja uwaga skupia się nie tyle na bilecie, co na reszcie, którą mi oddaje. To dwie monety: pięć i dwa złote (5+2). Są jeszcze jakieś drobne, ale ich nominałów już nie zapamiętałem. (Bilet 7up, poznała, kto tu rządzi!)
Teraz trafiam do jakiegoś biura. Jestem w sporym konflikcie z paniami urzędniczkami, które siedzą w głębi ekranu, i z ich szefem stojącym nieco po prawej.
W tym miejscu wypływa narracja o tym, że jestem w prowincjonalnym miasteczku. Po prawej stronie mam rzekę. Kiedyś tu gdzie stoję, po lewej stronie, był ogromny poligon do ćwiczeń dla wojska. Teraz ten brzeg jest zabudowany domami. Chociaż w głębi ekranu widzę, że jest jednak granica tej zabudowy. Niestety nie widać, co się za nią znajduje: czy również domy, czy jeszcze jakaś resztka tego poligonu. Na prawym brzegu rzeki zabudowa jest bardziej regularna i sięga dużo dalej w głąb ekranu. Byłem tutaj dawno temu i dlatego mogę dostrzec postęp w urbanizacji tej okolicy. Właśnie tego obrazu i tej wiedzy używam, aby uspokoić rozsierdzonych urzędników.
Przemawiam do kierownika urzędu, mówiąc, że:
– Cały konflikt pomiędzy wielkim miastem (stołecznym?) a prowincjonalnym(minusowym ?) jest pozorny i wynika z niezrozumienia. Podkreślam, że prowincja ma swoje niewątpliwe zalety.
Widzę, że naczelnikowi podoba się to, co mówię. Prowadzę zatem wątek mojej wypowiedzi w tym kierunku:
– W dużych miastach ludzie się nie kształcą, ponieważ nie mają na to czasu ani środków. W małych miasteczkach nie kształcą się, ponieważ nie mają warunków do tego. Wychodzi więc na jedno, przynajmniej jeżeli chodzi o wykształcenie mieszkańców i tych, i tamtych miejscowości!
Naczelnik zdaje się być udobruchany. W tym momencie wchodzi Ojciec i zabiera mnie ze sobą!
Chciałem właściwie już wrócić do miejsca, gdzie zostawiłem samochód i bliskiego sybarytę. Kiedy właśnie wpadałem na ten koncept, jednocześnie łagodząc konflikt z urzędnikami lokalnej administracji, wtedy pojawił się Ojciec z propozycją zaprowadzenia mnie w to miejsce. Ucieszyłem się, bo trochę jestem w tym miejscu zagubiony. Ojciec, a przynajmniej wyglądająca na Ojca osoba, prowadzi mnie w głąb ekranu śnienia, ale im dalej wędrujemy, tym okolica wydaje mi się coraz bardziej obca. Mówię w końcu do Ojca zdecydowanym tonem, że nie będę z nim szedł dalej. Obracam się o sto osiemdziesiąt stopni i wracam w kierunku, gdzie mam nadzieję znowu rozpoznać otoczenie. Stamtąd nietrudno będzie mi wrócić do miejsca, gdzie pozostawiłem samochód i mojego sybarytę. Ojciec idzie za mną, tuż za moimi plecami, czuję jego zaskoczenie tym, że potrafiłem się sprzeciwić i wybrać właściwą drogę powrotną. Przechodzę przez ogrodzenia, płotki i inne zakamarki, które wcale nie tak łatwo było zapamiętać, szczególnie że widzę je teraz z drugiej strony. W pewnym momencie, kiedy już wydawało się, że widzę znajome mi miejsce, znalazłem się na przyczółku zwodzonego mostu. Ten, w momencie, kiedy do niego dotarłem, natychmiast zaczął się podnosić i obracać (ma to coś wspólnego z ruchomymi peronami, na jakie trafiłem wcześniej). Początkowo wcale nie zauważyłem tej jego niestabilności. Niczym nie różnił się od ulicy, którą szedłem. Zza siebie słyszę jęk zaskoczenia osób, które są świadkami tego dramatycznego zdarzenia. Jestem na samym końcu ruchomego w dwóch płaszczyznach końca mostu. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Staram się trzymać barierki i jakieś stalowej liny. Aby zachować położenie głową do góry, muszę się obrócić dokoła barierki i liny do góry nogami i do tyłu o sto osiemdziesiąt stopni. Fikam koziołka, ale mimo tego nie puszczam ani barierki, ani liny. Kiedy most z powrotem opada i wszystko się uspokaja, słyszę za sobą oklaski. Świadkowie tego zdarzenia są zaskoczeni, że w ogóle przeżyłem! Dwóch innych facetów leży nieopodal i ma podcięte dokoła szyje. Nie żyją! To nie jest wypadek. Gdyby tak było, mieliby obcięte linami głowy, to oni sami sobie to zrobili!
Budzę się. Tak samo trudno wrócić z tej przestrzeni jak z podróży do Niebytu. Tam trzeba było odkryć, że zamiast kręcić się ciągle w lewo, trzeba znaleźć niepozorną furtkę prowadzącą na prawo. Tutaj jest jeszcze trudniej. Wszystkie kierunki są odwrócone. Dół jest na górze, lewa po prawej. Wszystko, co nas otacza, jest fałszywe i ma odwrócone znaczenia. Ojciec wcale nim nie jest, tak jak i jego poziom dziesiąty tu jest tylko jego atrapą! Trudno się w tym zorientować i to właśnie jest powodem, który nie pozwala opuścić tej przestrzeni wielu podróżnikom!
Kiedy wymijałem na dworcu strażników tej przestrzeni, chyba tylko mi się zdawało, że mnie przepuścili. Najpierw stali się dwiema dziewczynami, które poprzedzały mnie w kolejce do kasy, a potem rozsierdzonymi urzędniczkami. Z opresji wyprowadził mnie fałszywy ojciec. Tyle że wyprowadził mnie na manowce! Fałszywy ojciec próbował wciągnąć mnie w głąb tego obszaru (na poligon?). W rozmowie telefonicznej wściekły/fałszywy ojciec wyparł w pewnym momencie tego prawdziwie zaniepokojonego Ojca, który starał się mnie ostrzec, do jakiej przestrzeni się dostałem. Charczący, fałszywy ojciec próbował mnie namówić, abym wszedł w jakąś gorącą sadzę, nawet to jest opaczną kopią białej, ochronnej, drogocennej powłoki, którą zabezpieczony zostałem podczas pokonywania Nicości poziomu ósmego.
Muszę przyznać, że przez cały czas orientację w tej przestrzeni utrzymywałem, znając wygląd i charakterystykę mojego bliskiego sybaryty. To on będąc w swoim lokum, pomagał mi określić kierunek, w jakim mam zmierzać. To odpowiednik Dantejskiej Beatrycze!
Mówię do Szirin: Wiejmy stąd, wnioski końcowe wyciągnij sama i przekaż mi je, kiedy już stąd wyjdziemy.
Na poziomie ZR jako obserwator widzę trzy osoby w bieli (!). Po lewej stoi moja żona, obok niej ktoś, kto ma być moim zastępcą. Ja leżę po prawej stronie na łóżku, głową zwrócony w głąb ekranu. Wszyscy troje mamy twarze zwrócone w kierunku obserwatora ekranu. Mój zastępca ma posłużyć do realizacji wyrafinowanego planu. Mam wziąć za jego pośrednictwem ślub ze swoją żoną. (Jak widać, żeby wydostać się z poziomu minus dwa, trzeba z powrotem połączyć się ze swoją duszą, konkretnie z jej wewnątrzkauzalną 1-5 reprezentacją!) Nasz plan jest taki, że on będzie wypowiadał słowa przysięgi, a ja będę je powtarzał w myśli. W ten sposób zmylimy nadzorujące nas nieprzyjazne siły. Ja leżę na łóżku, trzymając na piersiach spory skrzynkowy zegar. Zegar leży na mojej prawej piersi (lewa strona dla obserwatora). Zegar jest sprawny i cały czas tyka słowami:
– Powtarzaj… słowa… przysięgi!
Stoję na środku ekranu twarzą do obserwatora i zwijam rotę! Czarno-czerwoną kulę informacyjną. Po chwili idę na lewo (dla obserwatora) i podaję rotę komuś niewidocznemu, kto stoi za ladą straganu. Na ladzie leży długa bułka/wstęga, tak jakby tu się te roty rozwijało. (To rota przysięgi!?) Jadę autobusem w głąb ekranu śnienia. Jestem kobietą ! Schowałam rotę z przodu z lewej strony fotela kierowcy. Teraz to będzie moja jedyna wiedza, jaką mam. (Oczywiście kierowca tego pojazdu jest mi znany, to Czerwony Chrystus <10 w egregorialnym Jezusie, kierowca ciągnika dusz. Widać z tego, że czasem się przydaje. Nie można go więc lekceważyć).
Teraz przychodzi do regulowania długu jaki zaciągnąłem u żony. Mam cały plik papierów wartościowych i czeków podróżnych. Nie mam już gotówki. Nie wiem, czy w ogóle będzie chciała zawracać sobie głowę spieniężaniem tych papierów. Stoję przy wjeździe na parking. Nagle cały problem z płatnością zszedł na drugi plan, ponieważ przywieziono mojego znajomego sybarytę. Samochód okrąża budkę, objeżdżając ją dokoła w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Za budką pojawił się na chwilę ruski (czerwony kolor poziomów przyczynowych 5), ale ustąpił i pozwolił wysiąść mojemu przewodnikowi/latarni nawigacyjnej w przestrzeni minusowej. Udało się go stamtąd wyciągnąć. Teraz trzeba będzie mu podać jakiś lek, aby przywrócił mu normalne funkcje. Lek przeciwdziałający jego roztrzęsieniu i rozstrojeniu.
Kiedy się obudziłem, miałem już całkiem dość podróży po poziomach minusowych, ale wieczorem ciekawość wzięła górę! Kładąc się wieczorem do łóżka, pytam, co się dzieje na poligonie, którego obszar częściowo zajęły już ludzkie stałe siedziby.
Otrzymuję wielowątkową dość osobistą odpowiedź. Po jednej stronie umowny (!) wróg, po drugiej my, którzy straciliśmy świadomość tego, że to tylko gra taktyczna. Zaczynamy wikłać się we własne wyobrażenia o tym, czego pragniemy. Niczego nie wiemy o przeciwniku, a i niewiele wiemy o samych sobie. Znamy jedynie tę nieznośną, wręcz obcą nam jeszcze przed chwilą chęć zaspokojenia palącego pragnienia. Potem, kiedy jesteśmy już w trakcie działania, nasza optyka zmienia się całkowicie. Nie jesteśmy już samosterowni. Stery przejmuje świadomość nie nasza, naprowadza nas automatycznie na cel. Obojętnie, czy jego osiągnięcie skończy się zniszczeniem, czy jedynie jałowym spełnieniem naszego pragnienia. Pozostaje zapytać, czy poziom minusowy to tylko najniższy podnieświadomy poziom ciała mentalnego (4).
Odpowiedź jest konkretna. To dotyczy wszystkich pięciu ciał subtelnych przejawienia wewnątrzkauzalnego/małej karmy 1-5(ciekawe, bo na określenie całego dolnego 1-5 przejawienia użyto określenia matka chrzestna!). Ten głęboki, a może właściwiej byłoby go określić, równoległy poziom minusowy możemy utworzyć na każdym z poziomów: przyczynowym, mentalnym, astralnym, eterycznym, a nawet fizycznym. Na każdym z nich możemy stworzyć sobie piekło iluzji!
Trzecia wizyta w Piekle
Mimo sporej niechęci z obowiązku kronikarskiego i powinności funkcji topografa, jaką na siebie przyjąłem, decyduję się na głębszą analizę poziomów minusowych. Pytam czy poziomy minusowe to piekło? Zasypiam.
Głos śnienia : To zależy od miejsca, z którego się patrzy.
Otrzymałem zgodę na oczyszczenie skraju wielkich łąk, rozciągających się po lewej stronie granicznej rzeki. To dość zagadkowa praca, ponieważ drzewa ścina ktoś niezbyt dla mnie wyraźny, a ja jedynie odciągam je nieco na lewo i układam pod kątem prostym do rzeki będącej granicą oczyszczanego terenu. W swojej nadgorliwości samodzielnie przechodzę na prawą stronę rzeki i ścinam jedno z drzew rosnących na drugim jej brzegu. Ściąłem je jakoś tak dziwnie, jakbym nie robił tego osobiście, ale nikogo, kto by to robił za mnie, nie zauważam. Ścięte drzewo przeciągam na „naszą stronę”. Kiedy układam pnie, widzę wśród niewysokiej trawy pojedyncze trupki małych zwierzątek futerkowych. Staram się więc układać pnie tak, aby nikt mnie nie posądził o to, że to padające drzewa były przyczyną ich śmierci. Po tej wielkiej łące biega nieduże stadko saren, są bardzo przyjazne. (Sarny biegały również po mojej posiadłości na Ziemi w jednym z niedawnych snów, wtedy wypuścił je na zewnątrz administrator ziemskich włości! Chyba ktoś bardziej lokalny niż Demiurg, jakiś Ziemiurg). Kiedy układam kolejny pień, znowu trafiam na truchełko kolejnego sympatycznego rudego „chomiczka”. Ponownie przesuwam pień trochę dalej, niż leży martwe zwierzątko, z wiadomych powodów. Tocząc pień na prawo, wciągnąłem go na świeżo wypaloną (!) trawę. (Widać z tego, ta łąka ma cechy Ri-pola, Pola Śmierci, wypalona trawa zwiastuje Nicość, ale czy Nicość poziomu ósmego 8/2, czy również taką jej tylko udawaną minusową kalkę? Zamiast koni widać tu martwe, drobne stworzonka ryjące norki! Taką interpretację sugerowałoby przerzucenie mostu z jednego z pni ściętych po prawej stronie rzeki granicznej). Zdawało się, że ściernisko jest już wygasłe, ale mimo to odchodząc, odwracam się co kilka kroków, aby sprawdzić, czy nie zajmie się od niego pień, który tam zostawiłem. Dokoła pnia owinęło się sporo mokrej darni, więc chyba nic mu nie grozi. Kiedy kończę swoją pracę o zmierzchu i staję plecami do granicznej rzeki, widzę nieco po lewej stronie stado saren, które przysiadło na nocny spoczynek. Wszystkie przyglądają mi się bacznie.
Pytam, dlaczego ludzie nazwali tę przestrzeń piekłem? Przecież tu nie ma niczego strasznego. Oczywiście zapewne ta lewa strona rzeki jest stroną prawą i na odwrót, jak to w „piekle” bywa. Zasypiam.
Ktoś ma mnie ścigać. Ja mam wtedy uciekać na lewą stronę ekranu. Ścigać mnie będzie biały sportowy samochód. (Ten już znam ze snu o pomniejszeniu, czyli złapałem dawny temat z drugiego końca!). Ktoś, kto wydaje dyspozycję do jego startu, wstrzymuje moment jego rozpoczęcia, robi to z sympatii do mnie! Chce mi dać wyraźne fory. (Czyżby egzamin miał się odbyć dopiero teraz, a nie, jak mi się wydawało, kilka nocy temu? No to się nieco pospieszyłem z moimi dość ryzykownymi eksploracjami!)
Jestem znowu w tej samej piwnicy, w której zaczynałem podróż do minusowości. Wybieram jakiś drąg. Mówię do towarzyszącego mi przewodnika, że najlepszy byłby metalowy pręt. Czuję aprobatę przewodnika. Trzymam metalowy pręt i wychodzę po dobrze oświetlonych (!)tym razem , schodach do góry. Bieg schodów jest odwrotny do ruchu wskazówek zegara. Mój przewodnik zostaje specjalnie w tyle, abym nie czuł zbytniej presji z jego strony (całkiem inaczej niż w tej pierwszej podróży po minusowości!). Daje mi miejsce na własną inicjatywę. Ja zmierzam prosto do drzwi wyjściowych. Mam zamiar posłużyć się prętem przy wyłamaniu drzwi wyjściowych z piwnicy. (Pręt to coś podobnego do pnia pojedynczego drzewa, które ścinałem nad rzeką. To może wynikać ze zmiany proporcji mnie nad rzeką i mnie w piwnicy w tej chwili, tłumaczyłoby to małość martwych „koni” na tamtejszej kopii Ri-pola).
W kolejnym śnie pojawia się podobna topografia jak przed chwilą tyle że jest nieco ciemniej i nie widzę, kto idzie za mną. Tym razem czuję jednak delikatną presję, abym otworzył pudełko, które niosę w rękach. (Znalazłem się na zewnątrz piwnicy, trzymając je w rękach. To jakaś symulacja windy do poruszania się pomiędzy urojonymi a realnymi poziomami Świadomości!). Nie bardzo mam na to ochotę, ponieważ pudełko staje się coraz wyrazistsze i ładniejsze. Owa przemiana następuje wraz z moim wznoszeniem się do góry.
Głos: Niech pan zwoła dziennikarzy i mówi, że widział pan chodzeń (!) po Paryżu. (Domyślam się, że chodzi o przewodnik po Paryżu. Czyżby Paryż symbolizował piekło? Ciekawe, ale w moich snach z Francuzami zawsze łączyły się jakieś dwuznaczności. Tymczasem okazuje się, że to reprezentanci poziomów minusowych. W polskiej literaturze romantycznej diabłom przypisywano raczej kusy struj i tożsamość niemiecką. )
A oto, co ujrzałem w trakcie chodzenia, czyli w chodzeniu.
Powstaje elektrociepłownia. Ludzie na dole giną, marznąc, na górze tego kotła (!) jest za to przyjemnie ciepło. Pomiędzy tymi skrajnościami jest pustka. Ta różnica temperatur daje energię.
I to wszystko?
Zdaję sobie sprawę, że pokazano mi tylko to, co chciano mi pokazać. Dziwi mnie nieco ambiwalencja samych przewodników. Nie są zbyt agresywni ani przesadnie napastliwi. Pozwalają mi nawet wynieść model takiej przestrzeni minusowej i nalegają, bym ją otworzył, abym mógł wyjść z niej, zanim sam siebie wyniosę w tym modelu na jawę! Są tu analogi wielu przestrzeni, które odwiedzałem wcześniej na wysokich dostrojeniach. Jest nawet jakiś odpowiednik Pola Trzcin i przestrzeni Nicości, Pola Śmierci, na którym umierają boskie rumaki, pojazdy Świadomości. Również Dom Rodziców ma tu swoją reprezentację, a nawet Ojciec. Tyle że nosi to wszystko cechy kopii o zaburzonych proporcjach i kierunkach.
Wizyt w minusowej urojeniowości odbyłem dużo więcej, o czym można przeczytać w Krajobrazach mojej duszy – Codex Gigas
Oczywiście, dla równowagi, odbyłem również wiele podróży w przeciwnym kierunku, choćby ta , opisana w Księdze V Krajobrazów:
Przed zaśnięciem pytam o Boga jako osobę.
Wchodzę po ciemku do budynku, który w moim odczuciu jest szkołą. Wspinam po schodach na kolejne piętro. Hol zwęża się z dużej przestrzeni, przechodząc w długi wąski korytarz (na wprost wzdłuż lewej ściany). Idę w konkretnym celu. Rozpoznaję to miejsce z głębokiego snu, który nie wydobył się nigdy na powierzchnię zwykłego snu. Na ścianie korytarza po prawej stronie wisi kartka z opinią o mnie! Kiedy byłem tu pierwszy raz, miałem w stosunku do niej jakieś obiekcje. We śnie głębokim, kiedy tu byłem pierwszy raz, zdaje się, że zakleiłem ją inną kartką. Nie chcę jej zrywać. Teraz widzę, że moja, zewnętrzna kartka trochę się pofałdowała. Jest też nowy element – spod naklejonej kartki, do dołu, wysunęło się zdjęcie. Trudno z całą pewnością rozpoznać, kto to jest, panuje półmrok, ale można się domyślić, że to ja. Wygląda to trochę tak, jakby moja kartka, którą zakleiłem kartką z opinią o mnie, pokazała język. Intryguje mnie ta sytuacja, rozglądam się, gdzie tu jest jakiś włącznik światła. Nie chcę zapalać całego światła w holu, ale jakiś niewielki rozbłysk by się przydał. W końcu chciałbym się dowiedzieć, co tu o mnie myślą!
Odwracam się na pięcie i wracam w kierunku dużego holu. Szara ciemność okazuje się rodzajem mgły. Dziwne, że tego wcześniej nie zauważyłem. Widzę to dopiero teraz, kiedy wracam do przestrzeni (!). Jest bardzo cicho, ale czuję, że od strony holu ktoś się do mnie zbliża! Może stróż? Jesteśmy już bardzo blisko siebie. Zaczynam się obawiać tego spotkania. Nie wyczuwam agresji z tamtej strony, ale i tak jestem przerażony. Chciałbym uciec, ale coś mnie powstrzymuje. Stoję w jednym miejscu. Wyczuwam jego coraz bliższą obecność. On (!) jest już bardzo blisko, momentami wydaje mi się, że z mgły na wysokości mojej twarzy wysuwają się w moją stronę dłonie (dwie). Dłonie są ułożone równolegle do siebie, zbliżają się do mojej twarzy powoli, z uwagą! Przez moment wydaje mi się, że dłonie zniknęły, ale po chwili są jeszcze bliżej! Stoję jak sparaliżowany!
Mam sprzeczne odczucia, chciałbym uciec, ale nie mam dokąd, ba, droga na dół prowadzi w jego kierunku, nie ma również powodu, ostatecznie na razie nic strasznego się nie dzieje. Tymczasem na twarzy czuję pierwsze dotknięcie tych dłoni. Dłonie próbują mnie namacać. Najdziwniejsze jest to, że pomiędzy dłońmi nie ma nikogo!
Tego już było za wiele, nie wytrzymałem i obudziłem się,z lekkim przerażeniem.
Po kilku minutach znowu zasnąłem.
Wybrałem kilka elementów spośród tych, które mam na własnej tabliczce. Mają one zastąpić element bliżej mi nieznany. Próbuję zastąpić swoimi elementami znaczenie tego elementu zewnętrznego (!). Tego, który jest na zewnątrz i obejmuje to, co jest w środku, tu gdzie się znajduję.
Budzę się. Zanim wyartykułowałem te zdania, sen, który chciałem zapisać, umknął z mojej świadomości! Zasypiam ponownie.
Przekaz: Jedni potrzebują czcić Boga wewnętrznie, inni muszą go ekstrapolować (!) i tą okrężną drogą uczcić Boga!
To musi być ważna informacja ponieważ zostaje powtórzona jeszcze dwa razy!
Jako odniesienie do świata czarnych – czczenie wewnętrzne i świata białych – czczenie zewnętrzne.
(Krajobrazy Księga V)