Niewiele jest w Europie podręczników podpowiadających, jak udać się w podróż mistyczną i jak ją wewnątrz siebie prowadzić. Oczywiście, istnieje wielka tradycja chrześcijańska: Teresa z ÁviliJan od KrzyżaAnioł ŚlązakJakub Böhme czy Swedenborg. Dotarła również do nas mistyczna tradycja muzułmańska: Ibn ArabiSuhrawardi, al-Khallal czy Ibn Khaldun. Należy również wspomnieć o wyrafinowanym mistycyzmie żydowskim, poczynając od mistycyzmu Merkawy, który zdaje się być podstawą obydwu wcześniej wymienionych. Odczytano również wiele świątynnych zapisów greckich i egipskich. Jest również, a właściwie był europejski szamanizm, druidyzm, ale te tradycje z kolei nie pozostawiły przekazów pisanych. Importowana z Dalekiego Wschodu medytacja bezforemnej pustki jest błędnie przez Zachód rozumiana ze względu na dramatycznie odmienny sposób definiowania podmiotu. Dla Zachodu definiowanie to dodawanie coraz większej liczby określeń, czym podmiot jest bądź stać się powinien, dla Wschodu doprecyzowanie, czym podmiot nie jest.

W laicyzującej się Europie pole doświadczeń, z jakiego wycofał się mistycyzm, zawłaszczyła psychoanaliza, psychologia analityczna i powszedniejące środki halucynogenne, enteogeny. Czyżby zatem doświadczenie mistyczne pozostało na zawsze jedynie domeną religii lub narkotykowych dilerów, tu pozwolę sobie prowokacyjnie umieścić w jednym szeregu również analityków. Otóż nie! Dla wolnomyślicieli, ateistów, agnostyków i niezdecydowanych jest jeszcze jedna droga. Droga świecka, niewymagająca postów, umartwień ani wielkich pieniędzy, niezajmująca wiele czasu.

Ta droga, to dostępne każdemu z nas śnienie. Nie chodzi mi o OOBE czy świadomy sen (LD), a o stare, poczciwe sny, które popadły w powszechne zapomnienie jako źródło rozwoju wewnętrznego, również przeżyć mistycznych. Odsunęliśmy je od siebie jak zużyte, nieprzydatne już narzędzie. Nie sen-zdrajca, który doniesie o naszych wewnętrznych potyczkach światu jawy i jego strażnikom, zawstydzając nas przed otoczeniem. Mam na myśli sen, który weźmie nas za rękę jak przewodnik, a czasem poprowadzi nas głosem snu ku doświadczeniu prawdziwie mistycznemu.

Jak doświadczyłem tego wielokrotnie, dobrze jest nie zapominać o dorobku minionych pokoleń i szukać wsparcia w relacjach dawnych mistyków, ponieważ często okazuje się, że oni odwiedzali te same przestrzenie przed nami. Co prawda ubarwiali je na sposób religijny, ale taki był wymóg ich czasów! Weźmy za przykład Jakoba Böhmego. Trudno mi będzie sensownie się wytłumaczyć, dlaczego nigdy dotąd nie czytałem jego dzieł. Jak zwykle szczęśliwy traf włożył w moje ręce jego „Ponowne narodziny”. Ale komu by się chciało czytać enuncjacje siedemnastowiecznego mistyka ze Śląska? Zajrzałem więc do posłowia, napisanego ręką samego Adama Mickiewicza! (Wydawnictwo Brama Książnica Włóczęgów i Uczonych, Poznań 1993).

“Człowiek pierwotny według Böhmego”

Człowiek pierwotny według Böhmego, cały duchowy i obdarzony ciałem niematerialnym i niewidzialnym, miał tylko organa sposobne do życia duchowego; czerpał swe siły z natury pierwotnej, ze źródła potęgi; miał tym sposobem łączność z ośrodkiem gniewu Bożego, był równie potężny jak szatan, nawet potężniejszy.

Co do swego życia boskiego, ssał je ze źródła światła i łaski Bożej; miał tylko te organa, które łączyły go z życiem wyższym, nie potrzebował niczego, co się ściągało do potrzeb materialnych i fizycznych. Wskutek czego pojawił się on w idei jedynie jako istota, wielce podobna do utworów malarzy chrześcijańskich, przedstawiających istoty niebiańskie.

To nowe jestestwo, ten Syn Boży, jego namiestnik w stworzeniu, posiadał – jak Böhme przypuszcza, lubo nie twierdzi zbyt wyraźnie – władzę tworzenia własnej ciągłości, wydawania ze swego ośrodka kolejno stworzeń nowych: ta istota to była Androgyne starożytnych podań zachowanych przez Platona. Jednakowoż twórcza siła człowieka zależała od trwałego jego zjednoczenia z ośrodkiem jedności, z Bogiem. Człowiek musiał czynić wysiłki, aby utrzymać się w tym ośrodku jedności, żeby nie wyjść z niego i nie popaść w zło.

[…] W jaki sposób duchy wyszedłszy wszystkie z tego samego łona, z tego samego Boga, mogły się rozdzielić w swojej dążności i w swoim ruchu? Skąd wzięły siły oddzielenia się od Boga? Wyszedłszy z tego samego i jedynego źródła, skąd mogły dobyć element ruchu, który je odrzucał poza obręb owego źródła? Jak mógł Bóg dopuścić do zejścia na bezdroża istot stworzonych przezeń, rzuconych przezeń w istnienie i prowadzonych przezeń ku jakiemuś celowi, czyli ku celowi, który winien był koniecznie znać. Obaczmy, jak Böhme wyjaśni to zagadnienie.

Musimy tutaj przenieść się do owych pierwszych godzin stworzenia albo raczej stanu Boga przed stworzeniem. Bóg wonczas jako idealność odbijał się w nieskończoności idei, zarodów i stworzeń. Każdy promień wyszły z tego ośrodka, każdy spływ przywoływał te idee do życia. Otóż każda z tych idei, wychodząc z otchłani pierwotnego chaosu, ożywiona promieniem jedności, miała nieodzownie dwie dążności; pierwszą z nich było iść za promieniem, który ideę przywołał do życia, zjednoczyć się z tym promieniem, podnosić się tym sposobem, zdążać nieustannie do ośrodka stworzenia, stopić się z Bogiem; dążność druga przeniosła ideę z powrotem ku chaosowi, z którego co dopiero wyszła, do swych istnień minionych, do tych mocy niewymiernych, których część stanowiła, a które poczytywała za przyczynę swego wzniesienia się aż do ośrodka.

Duch, co wyszedł w ten sposób z ciemności, czując się silnym i stawszy się świetlistym, odwołuję się ciągle do siły i mniema, że światło mu się należy. W każdym przeto duchu powołanym do istnienia rzeczywistego, są nieodzowne dwie dążności, z których jedna ponosi go ku przeszłości, skąd wyszedł , a druga ku przyszłości. Na tej to granicy – mówi Böhme – zaczyna się wola albo jak mówi, nowe narodziny, akt niezależny ducha, który dochodzi do świadomości samego siebie. Kiedy rozważa swą przeszłość, czuje swą wszechmoc: bo w chwili kiedy dobywa się z chaosu, jest niewątpliwie najdojrzalszym i najpotężniejszym duchem tegoż chaosu; jest panem i władcą chaosu; natura mroczna przyjmuje go i uznaje za zwierzchnika.

Doszedłszy do granicy światła, czuje się on unicestwiony i wyzuty z wszystkich sił, jakimi rozporządzał tam w dole, zmuszony zatem jest uznać, że najmniejszy z duchów światła, których spotyka na granicy nowego istnienia, i które wydają mu się niczym jako siły, jest odeń nieskończenie wyższy. Kamień rzucony w powietrze spada z dumą i całą pewnością praw nabytych ku środkowi ziemi; natomiast wszystko to, co się wznosi ponad powierzchnię ziemi, roślina czy ptak, pracuje długo, czyniąc niepewne wysiłki, by się wznieść ku sferze wyższej.

Indywidualność ludzka, skoro już uformowała się jako istność aż do tego czasu nieznana w stworzeniu, przez siłę swoją stykając się z gniewem Bożym, z piekłem, wznosząc się do światła, czyli do miłości bożej, a równocześnie pani tego nowego pierwiastka, jaki właśnie wynurzył się z chaosu, pierwiastka natury zewnętrznej, uczestnicząc z duchami, a równocześnie władając słońcem i planetami, indywidualności ta stała się przedmiotem pokuszeń, to znaczy wysiłków szatana i tworów niższych, to znaczy natury widzialnej i stworzonej. Te twory, niższy ten świat elementarny i duchy elementarne, przewodząc temu światu , które po upadku szatana nie miały bezpośrednich stosunków z jednością boską i które mogły mieć te stosunki jedynie przez człowieka, wysilały się, aby zbliżyć się do niego, złączyć się z nim, za jego pośrednictwem wejść ile tylko możliwe w Boga; wszędzie bowiem – mówi Böhme – gdzie przebywa duch Boży, wszystkie duchy gromadzą się, aby posiąść cząstkę tego ducha (nasz mistyk, Anioł Ślązak, powiada podobnie, że na każde miejsce, gdzie duch Boży spoczął, rzucają się wszystkie duchy, aby się tam rozgrzać). Była więc wokół pierwszego człowieka dążność powszechna duchów elementarnych do jednoczenia się z nim: duchy te okazywały mu zupełną podległość: uważały go za swego władcę, za swego boga.

Czyż tobie potrzeba – mówiły mu one głosem inspiracji instynktowych – czyż potrzeba tobie czynić wysiłki, aby się wznieść do jedności, która się nigdy nie objawia w czynach i w tworzeniach? Oto jesteśmy tutaj, my, oczywistości, kształty, rzeczy, domagające się jedynie podlegać tobie, służyć tobie, widzisz nas, dotykasz nas, możesz nami kierować spojrzeniem, skinieniem. Czyś widział kiedy istotę wyższą od siebie, boga, który by miał spojrzenie, skinienie, który by rozkazywał żywiołom? Wierzaj nam, ty jesteś prawdziwym Bogiem dla nas, ty jesteś prawdziwym panem stworzenia; zjednocz się z nami, stańmy się tym samym ciałem, tą samą naturą, skojarzmy się.

Żeby wejść w takie skojarzenie, człowiek musiał zjednoczyć się z tymi duchami niższymi, z tą hierarchią trzeciego pierwiastka. Jednoczymy się z duchem, otwierając swą duszę jego natchnieniom; ale dla zjednoczenia się z duchami niższymi trzeba było otworzyć im swoją organizację fizyczną, swe wnętrzności; trzeba je było ugryźć, trzeba je było spożyć. Człowiek pierwotny nie miał organizacji zdolnej dopełnić takiego aktu; ale powziął bardzo żywe pragnienie, by to uczynić. Aby pragnienie to wyjaśnić w sposób pospolity, moglibyśmy sobie wyobrazić młodzieńca, który chciałby u siebie zebrać towarzystwo ludzi nikczemnych i zbrodniczych, ale nie miałby na to sposobu. Przez to właśnie pragnienie, przeciwne woli Idei Bożej, człowiek pierwotny utracił swą nieustanna łączność z Bogiem; wówczas to zapadł w sen, to znaczy pod wpływ sił niższych, czyli jak mówi Księga Rodzaju, Bóg zesłał sen na Adama i z tego snu Adam miał się już obudzić jako osobnik należący na poły do natury widzialnej, do duchów niższych, jako skojarzony z nimi, ale jeszcze nie jako ich niewolnik; ze snu tego ocknął się już w osłonie ziemskiego ciała i podległy na poły naturze fizycznej, trzeciemu pierwiastkowi; z najwyższego pana duchów natury widzialnej stał się czynnikiem działającym.”

11 listopada 1853

Żarty żartami, ale to przyłączanie, stapianie się ze mną przewodników, wprowadzanie mnie w przestrzenie, które oni sami wybierają, nie odbiega aż tak daleko od tego, co relacjonuje Mickiewicz z myśli przeczytanych u Böhmego. To tylko kwestia kąta patrzenia. Może być bardziej tak, jak mówił Böhme, niż tak, jak mi się wydawało.

Byty, o których pisze Böhme, ja mógłbym nazwać innymi Atmanami, które zstąpiły wcześniej, tworząc Przejawienie, do którego dopiero później zszedł Atman, z którego po rozszczepieniu na pojedyncze Ciała Buddyczne powstali ludzie. A właściwie ich, ludzi, Ciała Przyczynowe, wypełnione umysłem, emocjami i energią zdolną przejawić się jako ich materialne ciała. Rezultaty „opuszczania” się innych, nie ludzkich, Atmanów nie musiały być identyczne. Mogły powstać elementy ciał energetycznych nieposiadające ciał mentalnych albo ciał emocjonalnych. Wystarczyło, że ich ciała Buddyczne wytworzyły ciało przyczynowe, a w nim Ciało Energetyczne. Już wtedy mogły powstać formy pełne energii, a pozbawione ciała fizycznego, takie jak dzisiaj widywane, przy spełnieniu pewnych warunków ze strony obserwatora, UFO. Mogły powstać również formy nieposiadające Ciała Buddycznego. Podobne antycznym bogom.

Na tej skróconej drodze mogły tworzyć się również elementy materii nieożywionej albo jedynie częściowo ożywionej. Na drugim zaś krańcu formy pozbawione ciała przyczynowego, tym samym nie potrafiące przejawiać się jako byty widzialne w naszym dostrojeniu. Powracając do ścieżki człowieka. Warunek wstąpienia w strumień wznoszący Böhme opisuje tak:

„Warunkiem istotnym, postawionym wówczas człowiekowi, było nie ulegać podszeptom, radom świata niższego, nie spożywać owocu ziemi, owocu z drzewa wiadomości złego i dobrego. W tej wiadomości tkwiła wszechmoc boska; Bóg nie był o nią zazdrosny; ale wiedział, że człowiek upadły nadużyje jej niezawodnie, bo to rozeznanie, jeżeli nie wzniesie się ku ośrodkowi światła, wytwarzać może tylko twory niższe, to znaczy twory złe, sataniczne. Duchy upadłe przed Adamem posiadały tajemnicę wiedzy dobrego i złego; wyobraziły sobie, że ta tajemnica wystarczy, aby stwarzać, a zatem aby zająć miejsce Boga; rozeznawszy niedostateczność swojej wiedzy po wybłyśnięciu stworzenia widzialnego i pełnego rzeczywistości, zwróciły się do człowieka, posiadającego jak widziały, siłę twórczą, której one pozbawiły się same. A gdy człowiek pierwotny był po swoim upadku rozszczepiony, duch zła zwrócił się do tej połowy człowieka, która była najbliższa natury niższej, wyobrażała instynkty zmysłowe człowieka. […] Wszelka bowiem istota cierpi wtedy tylko, gdy się znajduje poniżej swego prawa ustrojowego. To położenie człowieka upadłego wywołało nowy akt stwórczy, nowy przejaw miłosierdzia boskiego; promień wyszły z ośrodka światła, który nigdy nie miał styczności ze światem materialnym, przebił mroczne powłoki, w jakich człowiek tkwił zamknięty i przeniknął do jego duszy; wniósł on tam ciepło nowe, zarodki siły nowej, nadzieje przebaczenia, powrotu do Boga.”

Böhme jak większość mistyków zakłada pewną grę Boga (Brahmana) z odłączonym Atmanem ścieżki ludzkiej, a może i Atmanami wszystkich ścieżek tworzących Przejawienie. Ja widzę to jako mechanizm pozbawiony emocji, pragnienia przebaczenia, pragnienia powrotu. Być może to ja nie mam racji. Może być również tak, że odłączenie Atmana od Brahmana owocuje odczuciem niepełności i to z „magnetyczną” siłą przyciąga odłączonych do swojego Źródła, a i Źródło do nich? Dla mnie tymczasem to mechanizm zagłębiania się Świadomości ścieżki ludzkiej w Przejawienie i mechanizm powrotu do Źródła. Raczej proces niż miłość.

Nie wiem, czy przypisywanie potrzeby jedności Brahmanowi jest sensowne. Nie mogę jednak tego wykluczyć, może być tak, że Źródło ma te same, niewyobrażalnie wznioślejsze, wewnętrzne stany, które znamy z naszego marginalnego, ludzkiego, doświadczenia. Zerknijmy jednak na to, co dalej mówi nam Böhme:

„Gdy wypełniły się czasy, promień boży, ten Emanuel (Bóg jest w nas), który oświecał i rozgrzewał ludzkość całą, ucieleśnił się, zjednoczył z żywiołem pierwotnego świata widzialnego, słowem wcielił się. Najmocniejszym sposobem oddziaływania na ludzi było stać się ich bliźnim, stać się synem człowieczym; nie mógł tu wchodzić w grę inny środek oddziaływania na człowieka, jeżeli jego wolna wola miała być zachowana; gdyż wszelka istota może zjednoczyć się dobrowolnie tylko z bliźnim: Bóg przeto miał stać się bliźnim człowieka. Jezus Chrystus wyszedł ze światła boskiego , które trwa poza wszelkim dziełem stworzenia; aniołowie zarówno jak i ludzie wyszli z natury mrocznej i docierają albo mogą dotrzeć na drodze wysiłków do ośrodka światła; jedyny tylko Jezus Chrystus wyszedł z samego ośrodka światła, zstąpił dobrowolnie w otchłań, gdzie przebywa dusza ludzka, przyswoił sobie żywioły, pośród których ona walczyła, ukształtował sobie wpośród trzeciego pierwiastka ciało [Przypisek mój: trzeci pierwiastek pochodzi z koncepcji: duch-dusza-ciało), które uduchowiając się miało upodobnić się do ciała, jakie wedle myśli Bożej człowiek pierwotny posiadać był winien. Jezus Chrystus, mimo przywdzianego całkowitego człowieczeństwa, wystąpił już nie jako czynnik, ale jako władca świata zewnętrznego: w ciągu całego swojego życia zachował ducha i uczucia anielskie […] uduchowił on to ciało do tego stopnia, że mógł zstąpić w otchłań szatańską bez żadnego nadwyrężenia go, i stwierdził tym samym wszechmoc człowieka nad całym stworzeniem.”

Wiele w tym prawdy. Również stwierdziłem, że ciało przyczynowe Chrystusa jest z poziomu „mojego” Ciała Brahmanicznego, z poziomu mojego Źródła. Nie wynika jednak z tego, że Chrystus jest (!) samym Źródłem. Zstępując musiał zwiększyć swoją „gęstość”. Chyba, że zawarł całe nasze ludzkie Przejawienie w swoim ciele przyczynowym, mógłby wtedy w ten sposób niejako uczestniczyć we wszystkich naszych poczynaniach, ale wtedy pozbawiłby nas właśnie wolności decyzji co do powrotu do Źródła.

Dla takiego Chrystusa zmartwychwstanie nie było by wielkim wysiłkiem. Nie mniej w moich podróżach widać, że w dzieciństwie Jezus towarzyszył swojemu ojcu, nie był to wcale Józef, który po drodze zawieruszył się gdzieś na kartach Ewangelii. Józefa być może wcale nie było, albo był czasowym alibi dla panny z dzieckiem. Jezus towarzyszył swojemu ojcu, rzymskiemu agentowi w jego mało chlubnych akcjach i drobnych oszustwach. Mimo to jedno nie wyklucza drugiego. Chrystus aby zadziałać od zewnątrz, na ludzi, musiał się opuścić drogą ludzką w nasz świat. Drogą czarną, zstępującą. Obsesyjne przypisywanie aniołkowatego umysłu Jezusowi wynika z naszych sztywnych wyobrażeń na temat dobra i zła.

Dlaczego oddelegowany przez Boga „Bóg” nie mógłby być rzezimieszkiem? Dlaczego nie? Przebył całą drogę, jaką przebywa człowiek. Zstąpił do „piekieł” i wrócił drogą wstępującą. Tyle tylko, że zrobił to w jednym życiu ludzkim, wykorzystując do tego całkiem realnie istniejące ciało jakiegoś Jezusa. To wystarczająco heroiczny wyczyn, aby uznać go za pierwszorzędnego wysłannika Źródła. Ale musimy być świadomi tego, że jednorazowe zstąpienie w świecie czasu jest postrzegane jako jedyne tylko przez pokolenie będącym jego świadkiem. W skali Boskiej bezczasowości, na planie ziemskim to zstępowanie trwa ciągle. Należy więc spodziewać się, że „Chrystus” zstępuje ciągle jako permanentny nasz towarzysz. To dlatego na pytanie, czy Jezus, Budda, Mahomet to różne osoby, odpowiedziano mi we śnie, że różne, ale pochodzą z jednego Domu! Czy „Chrystus” musi zawsze być brodatym mężczyzną? Niekoniecznie.

Chrystus to zew Źródła. Wpadające w rezonans z duszą pragnienie powrotu. Sygnał do wstępowania Świadomości. Na ten zew równie często reagują brodaci mężczyźni, jak i pozbawione zarostu kobiety. Dopiero wtedy, kiedy ów zew jest usłyszany w swoim wnętrzu, jest sens podejmować pracę powrotu. Inaczej jest to tylko zwykłe naśladownictwo zachowań innych Wezwanych!

Ale gdzie ten psychoanalityk skaczący do gardła mistykowi, zapyta znudzony już nieco moim zawiłym wywodem czytelnik? O tym za chwilkę, jeszcze tylko słów parę na temat szamanizmu. Eskimoski szaman, chcąc wyrazić praktyczny charakter swej religii, powiada do antropologa „My nie wierzymy, my się boimy” (L. Levy-Bruhl, Nature). To typowe stanowisko człowieka o naturze do głębi związanej z przeżywaniem swojej istoty i istoty rzeczywistości na sposób mistyczny. Czy psychoanaliza opisując na swój sposób stany i poziomy doświadczane przez Jaźń, aby na pewno wie o czym mówi? Z założenia twórca psychoanalizy stworzył ją do konkretnego celu. Mianowicie miała służyć leczeniu zaburzeń natury psychicznej. Szaman i mistyk przeżywają zaś doświadczenie duchowe, które być może uzdrawia ich psyche a nawet ciało, ale tak naprawdę doświadczenie to służy im do trwającego całe życie rozwoju wewnętrznego.

Dlaczego zatem uczepiłem się psychoanalityka, przydając mu wampiryczną tożsamość? – Z bardzo konkretnego powodu. Ponieważ psychoanaliza uczepiła się doświadczenia religijnego i jego szczytowego doświadczenia, przeżycia mistycznego. Ciekawym byłoby przeprowadzenie analogii pomiędzy metodami poznania świata nadprzyrodzonego: Magia – Szamanizm – Mistyka, a poziomami doświadczeń spoza świata jawy, czyli OOBE – LD – Śnienie.

Mistyka, tak jak i Śnienie, któremu się oddaję osobiście z pasją, usiłowała usunąć czynnik magiczny z procesu poznania Boga, łącząc w jedno podmiot i przedmiot poznania. Bóg zostaje poznany przez Boga w człowieku. W Śnieniu poznajemy na ekranie snu To, co pozwala się nam poznać. Poznający, obserwator, okazuje się na końcu tym, który, poznaje, i tym, który jest poznawany! Szamanizm, tak jak ja go rozumiem, próbuje ingerować w procesy zachodzące na wielu płaszczyznach istnienia i uzyskać założony wcześniej wynik podróży szamańskiej, ale mimo to zachowuje szacunek do Poznawanego, chce zaskarbić sobie pomoc Poznawanego, czuje jednak oddzielność pomiędzy podmiotem a przedmiotem poznania. To sytuacja znana ze Snu Świadomego. OOBE odpowiadałoby w zupełności magii, gdzie podmiot świadomie manipuluje poznawanym i stara się go wykorzystać i posiąść, przejąć nad nim kontrolę.

Uwaga na temat magii i szamanizmu nie znalazła się w tym miejscu przypadkiem, jest odniesieniem do psychoanalityka, który sądzi, że jest niezależnym operatorem, w najlepszym razie operatorem z szacunkiem odnoszącym się do przedmiotu swojej analizy, operacji jakże w swoim charakterze magicznej. Psychoanalityk przejął rolę maga?

Warto zderzyć Böhmego i jego opowieść z analityczną teorią powstawania religii Freuda. Nie zaszkodzi również wspomnieć o neofreudystach. Według Freuda religia ma swoje podstawy w zaburzeniach z okresu niemowlęctwa i w dwóch odmiennych sposobach doświadczenia przez niemowlę otaczającej go rzeczywistości. Rzeczywistości, z którą jeszcze niemowlę nie czuje oddzielności. Sama religia w życiu późniejszym spełniać ma zaś rolę terapeutyczną wobec jednego z dwóch zaburzonych sposobów interpretacji rzeczywistości wtedy powstałych. Odczucie, przez niemowlę, że świat zaspakaja jego żądania. Świat w tym czasie reprezentują rodzice. Wszechmocni, ale spełniający życzenia niemowlęcia. Potem na tej drodze tworzą się dwie postawy:
1) Pierwsza to przeniesienie wyobrażenia osoby służącej niemowlęciu na osobowego Transcendentnego Boga, a w dalszej konsekwencji strach przed utratą łaski rodzica, strach przed ojcem. Kompleks Edypa. Jak to u Freuda na tle seksualnym. Owocuje to powstaniem wyobrażenia karzącego Boga, który wymaga od nas pozbycia się swoich „widzi nam się” i zlania z nim w jedno pod warunkiem skrajnego posłuszeństwa. Nawet cierpienie, a może je w szczególności, mamy przyjąć z wdzięcznością.
2) Druga to postawa zwana narcystyczną, czyli postawa roszczeniowa wobec rzeczywistości zewnętrznej. Na tej bazie powstają religie nawołujące do pozbycia się wszystkiego, co na zewnątrz i stania się pustką niezwiązaną z otoczeniem. Niezależną od niego. To uniezależnienie się podmiotu od świata, który jest cierpieniem.

Tak z grubsza Freud interpretuje przyczynę i cel powstania dwóch nurtów religijnych. Dla Freuda religia to nic innego, jak rodzaj ukrytej przed jej uczestnikami terapii, ściśle kontrolowanej a nawet w jakimś sensie reglamentowanej przez kapłanów, jednego z typów religii, kompensującego jeden z dwóch podstawowych defektów odbioru rzeczywistości.

Freud powiedział kiedyś, że wspieranie religii przez rządzących państwami jest o połowę tańsze od utrzymania policji, a dwa razy skuteczniejsze. Od siebie zaś dodam że pomieszanie pojęć i brak właściwego zrozumienia struktury Świadomości, na straży którego stoją religie, gwarantuje ich długowieczność! A nam, być może, długą zstępującą i wstępującą drogę pełną meandrów i pułapek. Neofreudyści są już dzisiaj mniej skłonni nazywać religie histerią zbiorową. A imaginację, wglądy, doświadczenia religijne odróżnia się już wyraźnie od urojeń. Warto wspomnieć również o tym, że dzisiaj psychoanalizę traktuje się w tych środowiskach jako ukoronowanie drogi rozwoju religii. Ale nie to jest przedmiotem mojego rozważania. Dziwnie obydwie postawy, jakie Freud uchwycił, konweniują z dwoma strumieniami zstępującym i wstępującym Świadomości. Moje zawracanie z jednego strumienia do drugiego odczuwam również jako próbę pogodzenia obydwu nurtów! Tak to wewnętrznie odczuwam. Odkrycie Freuda było dla niego wytłumaczeniem wszystkiego, co wiedział o religii. Co prawda nie wyjaśnił do końca, co powoduje wybranie jednej z postaw: edypalnej czy narcystycznej, ale lekceważąc całkowicie duchową stronę rzeczywistości nie przypuszczał nawet, że jego odkrycie jest jedynie analityczną ilustracją faktycznego istnienia dwu prądów istniejących w Świadomości, zstępującego i wstępującego.

Religie jedynie uzewnętrzniły te tendencje i odziały je w formy gotowe do zastosowanie przez ludzi. W formie edypalnej, czyli białej – wstępującej religii zawieruszy się czasem ktoś, kto ma potrzebę przepracowania swojej zstępującej tendencji, ponieważ kiedyś nie zawsze można było sobie wybrać religię, religia podążania do Boga transcendentnego, wstępująca, biała, miała do zaoferowanie mistycyzm. Mistycyzm w religiach narcystycznych jest właściwie ich całą treścią, tak jak w buddyzmie czy hinduizmie. Podobna furtka powstała dla świadomości wstępujących w religiach narcystycznych i przyjęła formę czczenia antropomorficznych bóstw reprezentujących energie świadomości, nad których czystym obrazem pracowali prawdziwi użytkownicy tych religii, zstępujący, czyli ci z czarnego nurtu.

Wróćmy teraz do Böhmego. Do zstąpienia Chrystusa-Boga w Przejawienie. Najciekawsze jest to, że Chrystus zstępuje, a zstępujący strumień rozpoczyna zodiakalny Baran, czyli symbol baranka. Kiedy strumień wstępuje ostatnim symbolem tego strumienia są Ryby. Ciekawa zbieżność. Chrystus pokazuje wiernym pełnię drogi. Na temat symboliki baranka i ryb można wiele przeczytać, ale wszystkie interpretacje tych symboli, także astrologiczne, potwierdzają moją koncepcję. Inną sprawą jest również byt duchowy, który wstąpił w Jezusa, Chrystus, a czym innym czczenie formy Jezusa Chrystusa religii ludowej i tworzenie z niego emocjonalno-wyobrażeniowego egregora, z którym miałem do czynienia już w pierwszych podróżach opisanych w pierwszej księdze. To ten zielony (astralny) twór oczekiwań i wyobrażeń jest szatanem w sensie przeszkody do unifikacji z Bogiem. Nie zaś sama Świadomość Chrystusa.

Ten rzeczywiście przybył, pokonał drogę zstępującą i wstępującą z wszystkimi jej konsekwencjami, a nie tylko przyjemnymi stronami jej doświadczenia. Przybył po to, aby stworzyć Tendencję, która stanie się dla wszystkich drogą do unifikacji ze Źródłem. Drogą, która ominie wszystkie byty, które stoją nam na przeszkodzie, również wyobrażeniowego, czułostkowego Jezusa Chrystusa.

Wszystkie byty, przewodników, którzy się w nas próbują wtopić na poziomie subtelnym, przewodników, którzy próbują nas zwieść na manowce swoich przestrzeni i tych, którzy próbują nas przekonać, że są naszymi sędziami.

Wszystkich zawalidrogów w naszej podróży zstępowania i wstępowania. Pokazał nam również, jak pokonać obszary takie, jak Park, domenę śmierci. Podobnie jak prawdziwy Budda, Chrystus-Świadomość chciał ominąć reinkarnację.

Ale cóż to? Już koniec artykułu, a ja nie odpowiedziałem na pytanie zawarte w tytule. Psychoanalizujący wampir sam odpadnie, kiedy tylko skonfrontujemy jego teorie z autentycznym przeżyciem mistycznym. Tym bardziej, że psychoanalityk ujawnił już swój prawdziwy cel. Chce zostać naszym Przewodnikiem!

Jarosław Bzoma

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-02-07)