3.Metafizyka śmierci

Wszyscy znamy słowa Marcina Lutra: Gdybym nawet wiedział, że jutro świat przestanie istnieć, to jeszcze dziś zasadziłbym drzewko jabłoni.

W osobie nieco lepiej zorientowanej w symbolach pojawiających się w wizjach mistycznych, drzewo jabłoni powinno wzbudzić głębszą refleksję, poczynając od drzewa życia, biblijnego raju i jednej z jabłoni Szechiny, aż po bibliotekę zapełnioną czerwonymi rotami, skompresowanymi informacjami, jakie w czasie wizji często rozpakowują się przed naszymi oczami. Drzewo jabłoni jest Kroniką Akaszy, urojeniowo (egregorialnie) stworzoną kroniką istnienia bytów świadomych, wyobrażeń o nim, bytów karmicznie związanych we wspólną sferę istnienia zwaną kołem samsary, czy czym tam jeszcze… kołem hermeneutycznym?

Luter zapewne refleksji tego rodzaju nie miał, chodziło mu raczej o stan poza umysłem, poza planowaniem, poddanie się wyrokom boskim i zachowanie porządku istnienia. Takie chrześcijańskie wu wei.

Arthur O. Lovejoy, twórca historii idei w „Wielkim łańcuchu bytu”, przekonuje nas, że – cytuję:

„Spory przedział myślenia pojedynczego człowieka, szkoły, a nawet pokolenia może się okazać zdominowany i zdeterminowany przez ten czy inny zwrot w rozumowaniu, trik logiczny, założenie metodologiczne, których wyeksplikowanie równałoby się wielkiemu i ważnemu, a może i wysoce spornemu twierdzeniu w logice i metafizyce.”

Pozostaje nam zatem, wciąż od nowa, poddawać w wątpliwość zastane rozumienie fundamentalnych problemów ontologicznych. Ciągła ich reinterpretacja.

Zapytajmy zatem snu (bo kogóż by innego) o to, co umierający człowiek powinien zrobić na dzień przed swoją śmiercią?

Jestem prowadzony przez mało wyraźnego przewodnika (Śmierć?), idzie z prawej strony, wyprzedza mnie o kilka kroków. Wchodzimy pod spore wzniesienie, na którym stoi znacznych rozmiarów gmach/zamek. Mam zawiesić na jego murach trzy flagi. Są jednakowe, jasne i zdaje się mają dwie warstwy, jak prostokąt prawdy o ludziach, istotach dwulicowych nawet w kwestiach duchowych z poprzedniej nocy. Te flagi symbolizują … miłość.

Jednym słowem banał.

Wynika z tego, że przed śmiercią powinniśmy najzwyczajniej w świecie wejść w stan świadomości pozbawionej elementów ego i pozwolić rozwinąć się właśnie temu rodzajowi świadomości.

W jednym z dawnych snów nazwałem śmierć swoim przyjacielem. W tym śnie Śmierć była osobą, choć nie pokazała jak wygląda, pozwoliła mi jedynie obejrzeć swój wózek czekający na kolejnego podróżnika; sama śmierć była zajęta swoimi czynnościami w budynku, przed którym stał jej „rydwan”.

Jak powinniśmy postępować w momencie umierania?

Na końcu wsi widzę świecące rośliny, również przy drodze prowadzącej przez wieś; po prawej stronie drogi, naprzeciw posesji moich dziadków, znajdującej się po lewej stronie (poziom 11/12 urojeniowy), są również posadzone świecące rośliny (sam je posadziłem) – to wskaźniki naprowadzające, umożliwiające orientację w przestrzeni!

Na trajektorię, wyznaczoną przez obydwa rodzaje świateł pozycyjnych, wchodzę pod kątem prostym z lewej strony na prawą, czyli z urojeniowości ku realności. Od strony dziadków.

Sytuację tę doprecyzowuje kolejny sen.

Obserwuję, jak ktoś (ja?) podciąga zapaloną lampę do góry. Lina jest zahaczona w najwyższym punkcie ekranu śnienia, a ja obserwuję (nieco przesunięty na prawo), jak ktoś na dole z prawej strony ciągnie linę. Do uchwytu lampy jest również przyczepiona druga lina, z lewej strony. Ta dochodzi do niej pod kątem prostym i ma za zadanie nie dopuścić do zbyt wielkich wahnięć lampy na boki.

Należałoby teraz rozwinąć szerszą refleksję związaną z obydwiema nocami.

Doktor Kubler Ross uszeregowała fazy umierania zapewne we właściwy sposób: -zaprzeczenie

-gniew

-targowanie się (negocjacja)

-depresja

-akceptacja

Nie podkreśliła jednak dostatecznie, że w fazie gniewu czy targowania się umierający czuje do pozostających przy życiu nienawiść. Mało kto – ze względów autocenzuralnych wymuszonej społecznie poprawności, konsensusu społecznego – jest w stanie się do tego przyznać; czasem owa nienawiść do zdrowych wyraża się jedynie zaabsorbowaniem swoimi problemami i lekceważeniem cierpienia psychicznego tych, którzy towarzyszą mu w umieraniu, a czasem wręcz otwartą agresją wobec otoczenia. Wiem o tym, bo sam umierałem, a przynajmniej byłem o tym głęboko przekonany. Czym wcześniej odchodzimy w wyniku choroby czy niechcianego zrządzenia losu, tym agresja silniej nas dotyka. Ludzie starzy najczęściej są pogodzeni ze swoim odejściem, a są pośród nich nawet tacy, którzy na ten moment czekają. Są również osoby, które wybierają śmierć dobrowolnie. Faza akceptacji, pogodzenia się z własną śmiercią jest kolejną, następującą po buncie fazą umierania i właśnie od tego momentu rozpocznę swoje rozważania metafizyczne.

Aby porządnie, a może nawet właściwie umrzeć :), powinniśmy akceptację dla własnej śmierci rozwinąć twórczo. Nie żartuję. Na samej akceptacji nie powinniśmy zakończyć naszego tańca ze śmiercią. Powinniśmy przetransformować akceptację we wdzięczność. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy wierzący, czy nie, również czy wierzymy w Boga okazjonalnie. Chodzi o izolowaną wdzięczność. Pewnie nie każdy potrafi wykrzesać z siebie wdzięczność w czystej postaci, dlatego najlepiej przypomnieć sobie osobę, której jesteśmy, albo byliśmy, naprawdę za coś wdzięczni. Kiedy uchwycimy już wibrację wdzięczności, należy ją uwolnić z urojonych (!) cech relacji osobowych i rozniecać jej płomyk w swojej świadomości. To jest właśnie owo światło, lampa, o której przed chwilą relacjonowałem, opowiadając sen. Wdzięczność po chwili samoistnie zacznie rozwijać się w odczucie nieurojonej miłości; początkowo będzie nam ono uciekało w stronę urojeniowości, czyli miłości ku sobie lub osobom, lub wyobrażeniom Boga. Właśnie do stabilizacji tego stanu służyła owa lina doczepiona z boku we śnie o podnoszonej lampie. Izolowana od urojeń miłość nie jest uczuciem, jest stanem Świadomości, która w miarę zalewania naszego indywidualnego bytu, urojonego ja, urojeniowo oddzielnego od Źródła Świadomości, rozpuści naszą iluzję bycia formą ludzką czy jakąkolwiek inną formą bycia samoświadomą istotą. Wiele wskazuje na to, że Źródło nie jest samoświadome w takim sensie, jak my to sobie wyobrażamy, dlatego w snach Bóg często jawi się nam jako idiota pozbawiony rozumu. W zasadzie – choć pod kilkoma warunkami możemy powiedzieć, że Bóg jest miłością, chociaż miłość nie jest Bogiem – jest tym poziomem Świadomości, który na naszej drodze do Jej Źródła zapowiada “coś znacznie głębszego”.

Tu warto powrócić do roli, jaką spełnia urojeniowość w trakcie umierania naszego ja związanego z ciałem fizycznym. Urojeniowość potraktowana szeroko, jako urojenie bycia oddzielnym od całości, można podzielić na dwie kategorie:

a). jako urojenia dobra, właściwego postępowania i nagrody za nie, jakie przejęliśmy od społeczeństwa, w jakim nas wychowano, czyli wyobrażenia nieba i nagrody po śmierci,

b). jako urojenia negatywne odrzucane przez społeczeństwo i sformatowane w pakiecie pod wspólnym określeniem Piekło.

Obydwie klasy urojeń tworzą formę, która podtrzymuje ją w stanie, w którym czuje się ono zmuszone do istnienia. Gdy uda nam się rozpuścić obydwie formy urojeń, ja zniknie, ponieważ straci formę, która powiela ją po śmierci ciała. Osobom, którym wydaje się, że są pozbawione owej formy konstytuującej ich z Nicości poziomu 8 – radziłbym sprawdzić to we śnie.

Podniesienie stanu swojej świadomości do poziomu miłości wybaczającej sobie i innym, i zalewającej/rozpuszczającej nasze ja, tworzące jakiekolwiek koncepcje przejawiania się jako indywidualne istnienie – powoduje ucieczkę z koła małej karmy i przejście do dryfu świadomości oddzielności na poziom naszej duszy (Atmana/7). Nie jest to koniec powrotu do Źródła Świadomości, ale przeniesienie centrum samoświadomości na poziom wielkiej karmy, w której zyskujemy nieskończenie wielki wybór, jak spędzimy czas, zanim nie uwolnimy się od iluzji oddzielności Atmana/7 od Brahmana/8 :).

Teraz pytanie, na które odpowiedź wydaje się dość oczywista.

Dlaczego w większości kultur śmierć przedstawiana jest jako osoba? Do tej pory nie było mi dane spotkać ją we śnie jako osobę, twarzą w twarz. Do dzisiaj.

Sny tej nocy są czarno-białe!

Zbiegam ze schodów, schody są różnych rodzajów (chyba trzy rodzaje), zbiegam coraz szybciej, ktoś towarzyszy mi nieco z tyłu i z boku, z prawej strony. Biegnę coraz szybciej, aż w pewnym momencie szybkość – z jaką z nich zbiegam – pozwala mi przestać poruszać nogami, ponieważ przechodzę w ślizg (!) i już tylko czuję pod podeszwami krawędzie mijanych kolejnych stopni. Wiem, że osobę, która mi towarzyszy z prawej, zdumiewa to co właśnie robię.

Kolejny sen:

Kogoś (trudno mi na razie sprecyzować, czy chodzi o mężczyznę czy kobietę) oskarża się publicznie o to, że w spektaklach, w których uczestniczy, zachowuje się obscenicznie.

Będę miał okazję to sprawdzić, bo właśnie stoję w sporym tłumie, w niewielkim teatrzyku, raczej kabarecie. Na scenie rozpoczyna się przedstawienie. Na środku sceny, tyłem do widowni, stoi naga proporcjonalnie zbudowana kobieta, nie za szczupła, nie za gruba. Muzyka, jaka towarzyszy przedstawieniu, to głównie perkusja, która wybija szybki jednostajny rytm (podobny do tego, jaki czułem pod stopami na schodach we wcześniejszym śnie). Od strony widowni wychodzi ten/ta skandalista. W momencie kiedy to robi, na dwóch skrajnych końcach sceny pojawiają się, równocześnie z nim, dwie postacie: ciemne, o niesprecyzowanej powierzchowności, jakby nieostre, poza polem widzenia. Skandalista jest jednak dobrze widoczny. Podchodzi do nagiej kobiety, stojącej na scenie, i okrążając ją z lewej strony, odwraca się do niej i jednocześnie do widowni. Jego ruchy są może nie tyle obleśne, co pożądliwe, jednak największy niesmak wzbudza sam jego wygląd. Sen jest czarno-biały, więc trudno określić, czy smugi na jego również nagim ciele są brudem czy nierównomiernym owłosieniem, jednak tym, co we mnie wzbudza prawdziwą niechęć, jest dysproporcja budowy jego ciała.

Głowę ma sporą, o twarzy pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu, tułów beczkowaty a ręce nieproporcjonalnie cienkie. Stoję (na szczęście) na końcu sali i przed sobą mam (jeszcze) sporo ludzi, więc aby rozstrzygnąć, czy to kobieta, czy mężczyzna – staję na palcach. Obraz jego genitaliów mam zamazany, podobnie jak twarze czy rejestracje na reportażach telewizyjnych, ale chwilami mgiełka nie nadąża za ruchami Śmierci, więc mogę stwierdzić bez żadnych wątpliwości, że to mężczyzna.

Budzę się ze sporym niesmakiem. Śmierć jawi się nam jako osoba, bo to jest forma spektaklu, w dodatku – aby się na niego dostać – musimy uzyskać pewne przyśpieszenie: przejść w ślizg z transcendencji do immanencji. Oczywiście jako męskość wyrażona została potencjalność, a jako kobiecość (3 kobiety/Parki) przestrzeń przejawiania się owego potencjału – to typowe przedstawienie tego rodzaju relacji na każdym z poziomów Świadomości.

Długo nie mogę zasnąć po tym widowisku. W końcu kiedy czuję, że zaczynam odpływać w sen, zadaję pytanie:

Dlaczego ślizgałem się w dół, czy Śmierć działa tylko na niższych poziomach Świadomości?

Mam przed sobą płytę o średnim stopniu kompresji nagranych na niej danych, jest mniejsza od czarnej winylowej (która jest gdzieś w pamięci snu po lewej), ale większa od płyty CD, która ma od tej, którą trzymam w dłoni, większy stopień kompresji (i we śnie jest wyobrażeniem małej płyty po prawej).

Jednym słowem – Śmierć ma swoje pole działania nawet pomiędzy granicami 5/6 i 8/9. Obejmuje wszystkie byty przekonane o swojej oddzielności od Źródła.

Czy mógłbym poznać kolejne etapy umierania jeszcze za życia, aby móc się przygotować na ten moment? Podobnie jak to zapisali lamowie w Tybetańskiej Księdze Umarłych.

Może w Europie należałoby i to poddać reinterpretacji, bo może tu umiera się w innym trybie, innym „mechanizmie”?

Oczywiście poprosiłem o takie doświadczenie we śnie.

A oto rezultaty jakie przyniosła noc:

Tę podróż zapisałem w formie „Księgi umarłych dla ateisty”, ponieważ tak określono mnie we śnie, w jednej z pierwszych podróży do Przyczyny Wszystkiego. Nie uczyniono jednak tego, aby mnie dotknąć, ale by uświadomić, że ateistą jest każdy z nas, ponieważ jest przekonany o swojej oddzielności.

Księga umarłych dla ateisty

Wieczorem, przed zaśnięciem, zadaję pytanie swojemu ‘ibburowi; czynię to z wielkim szacunkiem, adekwatnym do stojącego przed nami zadania:

Czy jest możliwe stworzenie mojej własnej Księgi umarłych ?

Proszę, aby odpowiedziała mi już na samym początku nocy. Jeżeli to możliwe, proszę o przedstawienie mi jeszcze dzisiaj pierwszego etapu, a potem noc po nocy, kolejno, następnych.

Zasypiam.

Coś tam Szirin do mnie gada, ale puszczam jej słowa mimo uszu i wtedy w jednej chwili dociera do mnie świadomość procesu, jaki zachodzi przed moimi oczami.

Stoję na ulicy Początkowej (do stolicy jedzie się w lewo) twarzą do skrzyżowania z Aleją Warszawską, przed sobą widzę DRABINĘ. Ma szczeble, ale brakuje łączących je boków. Szczeble są utworzone z haseł zapisanych gęstym drukiem. Szczeble są czarne. To nie jest ich jedyny stan, mogą być też koloru białego. Właśnie zbielał drugi szczebel od dołu. Kurcze, muszę zacząć zapisywać przekaz z drugiego szczebla. Pierwszego mi nie żal, nietrudno się domyślić, że na pierwszym etapie trzeba żyć, a potem umrzeć.

Przekaz, oprócz tego obrazu, jest ze świadomości do świadomości. Nie ma poza drabiną żadnego obrazu symbolicznego. To takie odczucie, jakbym właśnie przeżywał konkretny etap wyświetlany przez szczebel!!!

Obudziłem się. Zapisałem i kładę się na boku, myśląc, że na dzisiaj już koniec, co najwyżej będzie rozwijany szerzej drugi szczebel.

Zasnąłem.

Tymczasem Szirin, jak można było jednak przewidzieć, potraktowała zlecenie poważnie i po drugim szczeblu nastąpiły kolejne. Trach, trach, trach – i tak od 4.00 do 7.00 rano. Sen, pobudka, sen, pobudka, aż praca została ukończona!!!

Moja Księga Umarłych:

  1. Wiadomo co! Najpierw trzeba umrzeć.
  1. Obojętnie czy świadomie, czy nieświadomie, gdy mija się ten poziom (2), upływa pewien czas, zanim człowiek ustabilizuje swoją świadomość i zacznie zbierać przeżycia do swojego worka (!). Poczucie bezładu jest tak paraliżujące, że głos albo obecność kogoś na zewnątrz ciała staje się wielce pomocna.
  1. Na tym etapie przyjmujesz kodę (!). Symbolikę, w jakiej rozegra się dalszy ciąg. Świadomość procesu pomocy z zewnątrz ciała (to znaczy: zwoje, czytania, modły) mogłaby się wydawać pomocna, ale to nieprawda!!! Wybieram wersję dla europejskiego ateisty (tym razem nie dałem się nabrać na wybór jednego z dwóch. Podobnie jak poprzednio, i tym razem mogłem wybrać pierwszą z lewej – ateistyczną albo drugą z prawej – religijną).
  1. Na tym etapie wierzącemu wali się tylko świątynia, niewierzącemu wali się cały znany dotychczas świat!!!
  1. Cały proces na tym etapie porusza się, ale bardzo powoli, ponieważ zaczynam szukać dobrych stron jego przebiegu. Znajduję powoli drobne przyjemności, wynikające z bycia w tym stanie!!! Na tym etapie można utknąć, doznając subtelności (!) urojeń. „Człowiek” popada w złudzenie trwałości tego poziomu i próbuje się na nim zadomowić!!!
  1. Do tej pory stosowałem kryteria mózg/głowa, teraz zostaję tego pozbawiony. Dołącza się obraz dwóch osób: ta po lewej ekranu ma głowę, ta po prawej – nie!!! Już mieszkałem w tej przestrzeni podczas poprzednich wizyt. Jeżeli chcesz – zostajesz, jeżeli nie – możesz z niej wyjść.
  1. Po raz pierwszy od początku podróży odnoszę wrażenie, że ktoś poza mną sprawuje nad tym procesem kontrolę!!! Mogę biernie obserwować formy tworzące się przede mną po lewej stronie, kolorowe romby i inne figury geometryczne. Możemy próbować je współtworzyć albo iść dalej. Formy wyświetlane są za jakąś ciemną skrzynią, stojącą bliżej obserwatora, również po lewej stronie ekranu.
  1. Jeżeli zezwalamy (!) na podróż, wsiadamy do „łodzi”, „rury”, czegoś, w czym można się ześliznąć!!! To pojazd, którym dałoby się wydostać ze świata czasu i przestrzeni. Na tym etapie nie jestem pozbawiony możliwości odczuwania tej śliskości i potrafię delektować się tą świadomością.
  1. Stoisz teraz przed oknem, gdzie należy wnieść opłatę. Możesz płacić przed okienkiem albo przejść przez drzwi (po prawej stronie okienka) i robić to osobiście, stojąc przed przyjmującym opłatę twarzą w twarz. W pierwszym przypadku trwa to krócej, w drugim dłużej!!! Personalizowanie jest przyjemne, ale spowalnia proces.
  1. Stajemy przed formą związaną z naszym wyobrażeniem największej dla nas świętości!!! Obraz: mój obraz składa się z cebulastej, cerkiewnej kopuły i ze szpica, na którym zatknięta jest okrągła, tatarska gęba!!! Jestem zaskoczony, więc otrzymuję dodatkowy komentarz. Obraz: obracające się przednie, lewe koło otoczone nadkolem samochodu (logo firmy z gwiazdą). To błotnik naszej wirującej świadomości!!!
  1. Na tym poziomie napotykam kogoś, kto nie porozumiewa się na poziomie naszego rozumienia słowa. Ale możemy wymienić się informacjami i intuicjami. Obraz: po lewej stronie, na posłaniu, z głową zwróconą w głąb ekranu, nogami ku mnie (obserwatorowi), leży byle jak ubrany (buro, szaro)… ktoś. Ja, podróżnik, stoję po prawej stronie ekranu, patrząc w twarz leżącego „kogoś”. Głos:

– Nie musi być świetlisty, może wyglądać byle jak.

  1. Na tym etapie odnosimy wrażenie, że doczekaliśmy momentu, kiedy wyruszymy w dalszą drogę. Obraz: po lewej stronie ekranu stoi załadowany pakunkami (na dachu) autobus. Tutaj też możemy opóźnić podróż, próbując wejść w relacje personalne z przewodnikiem/kierowcą.
  1. Na tym etapie, po raz pierwszy od wyruszenia w podróż, zostałem posadzony przed pełną miską. Obraz: siedzę w głębi, twarzą do widza, przede mną miska, po prawej stronie ekranu widza „ktoś”, kto podaje mi tę miskę napełnioną czymś, co przypomina kaszę poprzetykaną czymś o kolorze szpinaku.
  1. Na tym etapie doświadczamy sympatii kasjerki. Obraz: poczekalnia w kinie Kosmos.
  1. Na tym etapie, po przekroczeniu Oceanu, wszyscy mają dobry charakter. Aż trudno się do tego przyzwyczaić. Obraz: ktoś, kto oberwał kawałek framugi drzwi, po lewej stronie – wyjeżdża na prawo, w głąb, do Ameryki.
  1. Teraz wszyscy chcą naprawić szkody, jakie kiedykolwiek wyrządzili, ale to już nie ma większego znaczenia, bo nikt tych przewinień nie pamięta, ani nie ma sposobu, w jaki można by im zadośćuczynić. Obraz: układanie kamieni brukowych pod ścianą stojącą po prawej stronie. Trzy osoby wciskają tu jakieś kamienie, bo już cała droga jest wybrukowana, tymczasem one chciałyby dołożyć swoje siły do wysiłku wcześniej tu przybyłych, tylko pod ścianą został wąski pasek niezabrukowanej ziemi.
  1. Na tym etapie jesteśmy postawieni w niezręcznej sytuacji, chcemy innym przebaczyć, ale nas to bardzo krępuje, staramy się jednocześnie za wszelką cenę ułatwić kajanie się osobom, które czują się winne wobec nas, te stoją w przebłagalnej pozie, po prawej stronie ekranu śnienia. Nasze miejsce jest na środku, na krześle.
  1. Na tym etapie chodzi o doprowadzenie się do „bezrefleksyjnej głupkowatości”!!! Dosłownie do stania się bezrefleksyjnym prostaczkiem. Obraz: to nawet trudno przekazać, na środku ekranu stoi osoba będąca w „roztrzepaniu”!!!
  1. Na tym etapie, w zależności od stopnia opróżnienia się, na stopniu poprzednim, dostajemy odpowiednią zbroję. Po lewej stronie ekranu. Czym mniej udało nam się pozbyć poprzednich wyobrażeń i emocji, tym cięższą zbroję dostaniemy. Jeżeli jesteśmy opróżnieni z poczucia winy, z jakiegokolwiek powodu, możemy nie dostać żadnej zbroi!
  2. Na tym etapie nawet największy dziwoląg otrzyma szacunek naszego Ogrodnika!!! Obraz: jakiś czworonożny dziwoląg o różnych odcieniach i różnych nogach zostaje okryty przyjemną w dotyku narzutką.
  3. Na tym etapie, kiedy przebaczenie i poczucie winy będą równie bolesne do zniesienia, do tego stopnia, że nie będziemy chcieli ich więcej doświadczać, wtedy osiągniemy równowagę, która nas uwolni. Kiedy jak „pławik” (to określenie ze snu) będziemy powolni ruchom ośrodka, jakiemu się poddajemy, osiągniemy stan doskonałości. Obraz: pławik to chłopiec, który szkicuje każdą moją pozę na zawołanie, bez zmuszania go do szkicowania z mojej strony i bez poczucia zniechęcenia z jego strony.
  4. Leżę po lewej stronie (tak jak poprzednio „ktoś byle jaki”, tyle że głową jestem zwrócony w stronę widza, patrzącego na ekran śnienia, „pławik” zaś wychyla się zza stołu, stojącego na środku ekranu, w ten sposób, że patrzymy sobie twarzą w twarz).

Te zmiany punktu widzenia z obserwatora na obserwowanego, z rysowanego na rysującego są typowe dla zmian sposobu percepcji Świadomości na granicach 5/6 i 8/9.

Budzę się. Skończyliśmy (!), za piętnaście siódma. Wiem, że to nie do uwierzenia, wręcz nieprawdopodobne, ale żadnego słowa nie zmyśliłem! „Skryba nie zmienił więcej niźli o styl litery”. Około ośmiu minut na zaśnięcie, jedną transgresję, obudzenie się i zapisanie. Sam nie wiem, jak to było możliwe?!

Jak na kozetce u ponadzmysłowego analityka ostatecznej konieczności. Nie wiem, ile czasu taka podróż zajęła lamom, mnie zajęła jedną noc. Czyżby Nick Land miał rację – przyspieszamy?

Oczywiście powinno się teraz postawić pytanie fundamentalne, czy owe etapy umierania są subiektywne, czy obiektywne. A nawet jeżeli obiektywne, to czy nie są czasem wytworem zbiorowej świadomości? Może przecież być tak, jak rozważał to Felix Guattari w swojej Chaosmozie. Jeżeli Freudowi przypiszemy odkrycie nieświadomości , co nie do końca jest prawdą, bo podstawy tej koncepcji odnajdujemy w mistyce kabały, to Lakanowi możemy przypisać odkrycie praw nieświadomego, jak i praw samego odkrycia. Guattariemu zaś możemy śmiało przypisać odkrycie działania albo nawet mechanizmu produkcji tych odkryć.

Nieświadome pracuje zarówno wewnątrz jednostek przez sposób postrzegania świata i funkcjonowanie ciała, przez terytorium czy seksualność, jak wewnątrz grupy, rodziny, szkoły, w otoczeniu, miejscu pracy, na stadionie i uniwersytecie.”

Subiektywność zatem według Guattariego nie jest tożsama z podmiotem, jednostką, jestestwem (w sensie Heideggera) czy osobą. Subiektywność jest tym, co tworzy się w sieci przedosobowych relacji społecznych (psychiczna maszyna), politycznych, etycznych, ekologicznych i estetycznych.

Jednym słowem, dokonując ekstrapolacji, bo w Chaosmozie Guattariego raczej nie znajdziemy tego wyrażonego wprost, Guattari ogranicza swoje wnioski jedynie do procesów dotyczących społeczeństw.

Bóg jest psychiczną maszyną stworzoną przez społeczeństwa, cywilizacje, a jego realnie istniejące – choć subtelne, bo psychicznie nieświadome dla ludzi struktury, które poddają się badaniu metafizycznemu, mistycznemu – są wspólnym psychicznym tworem zapewne nie tylko ludzkości.

Moje badanie Świadomości snem progresywnym rzuca na tę kwestię dodatkowe światło. Może być tak, że owa Psychiczność zyskała swoją własną podmiotowość dopiero z upływem czasu, a raczej dopiero wykształciła odczucie jego upływu po to, aby magazynować informacje, konstytuować w ten sposób swoją podmiotowość, wciąż ją rozwijając, ale w swoich najgłębszych najpierwotniejszych (Źródłowych) warstwach nie wie/nie chce/nie może wiedzieć, że powstała w wyniku składowych procesów świadomościowych wspólnego dziedzictwa wszystkich bytów świadomych swej oddzielności, które powstały na drodze ewolucji materii (również tej subtelnej) w tym wszechświecie.

I że świadomie/nieświadomie wprowadza w błąd siebie i badaczy Świadomości, odwracając znaczenia, kierunki i przyczyny swojej nietożsamej tożsamości, gubiąc za sobą ślady w przeskokach ewolucyjnych pomiędzy kolejnymi neuronalnymi nabytkami mózgów i specyficznej, związanej ze stanem ich rozwoju, percepcji.

Struktury nerwowe są przedłużeniem struktur Świadomości pozamózgowej/pozafizycznej, tak jak forma ciała biologicznego podąża z kolei za konkretnym typem układu nerwowego, jaki świadomość wygenerowała. Pierwotne formy biologiczne, będące nosicielami konkretnych typów „instalacji neuronalnych”, ewoluują właśnie w wyniku ich postępującej komplikacji – od prostych układów nerwowych, poprzez wzrost ich pojemności generującej powstanie splotów nerwowych i na samym końcu mózgów. Rola genomu w ewolucji jest odtwórcza, choć obydwa procesy są sprzężone.

Myliłby się jednak ten, kto wyciągnie z tej refleksji wniosek, że Źródło, które jest nieruchome – jak „Byle Jaki” malowany przez „pławika”, będącego inteligentnym bytem zanurzonym w czasie i przestrzeni, przy którego udziale nieruchomy „Byle Jaki” jest Świadkiem przejawienia, mimo braku rozumu (w znanym nam sensie) – jest słabe i pozbawione czegoś w rodzaju woli. Ono jest wszechpotężne. Z racji wyłaniających się z Nieprzejawienia pierwocin mikroczasowych interwałów mikroprzestrzeni, każde mikrodrgnięcie Jego woli przekłada się na poruszenia losu światów rozproszonych w przejawionym urojeniowo czasie i przestrzeni. Nie ma to jednak większego znaczenia dla nas, istot świadomych w pełni tej struktury, ponieważ po śmierci biologicznej dalej będziemy w niej uczestniczyć jako podmioty percepcji. Nie ma znaczenia zatem, jak i kiedy powstały zręby, Źródło/Otchłań Świadomości Pierwszego Świadka, Pierwszego Oddzielającego się/Powracającego do swego Nieprzejawienia. Ważne, abyśmy po śmierci potrafili żeglować (jak „pławik”) na każdym poziomie Świadomości.

Warto w tym miejscu zapytać, dlaczego Źródło porozumiewa się z nami obrazami, zdaniami, przekazami dla nas zrozumiałymi? Jego mądrość nie jest tak wielka, że możliwa jedynie fragmentarycznie do przełożenia na dostępne nam formy komunikacji, znaczenia; nie jest częścią Jego wiedzy, to jest jej . . . całość (!!!) Ono patrzy naszymi oczami, słyszy naszymi uszami i myśli naszymi myślami, uczy się razem z nami. To my jesteśmy twórcami całego języka wiedzy, myśli i emocji, w którym Źródło wyraża swoje stany świadomościowe na naszym poziomie przejawienia. Ono w sposób lustrzany używa naszego sposobu komunikacji.

Następnym razem, już na sam koniec De venatione sapientiae, obiecana wcześniej Przyczyna Wszystkiego w ujęciu przewrotnie tradycyjnym, co oznacza, że nie będzie nudno.

Jarosław Bzoma