„Stworzenie człowieka jest zamierzonym kontrposunięciem Ciemności w obliczu strategii Światłości[…]Wykorzystanie zaś w tym celu samej formy boskiej w pomysłowy sposób przekształca największe zagrożenie dla panowania Ciemności w jego główną broń przeciw Światłości. Oto co zostało z biblijnej idei stworzenia człowieka na obraz boży! ”Obraz” stał się narzędziem w rękach Ciemności, naśladownictwo nie tylko forma bluźnierstwa jako takiego, ale diabelską sztuczką skierowaną przeciw pierwowzorowi[…] Od tego momentu walka pomiędzy Światłością a Ciemnością koncentruje się na człowieku, który staje się jego głównym trofeum a zarazem głównym polem walki dla rywalizujących stron.” H.Jonas „Religia gnozy”

W moim przekonaniu, graniczącym z pewnością, nie jest aż tak źle jak przypuszczają gnostycy. Siły Światłości i Ciemności wcale z sobą nie rywalizują a równoważą sobą wzajemnie boski , źródłowy, potencjał. Ocena etyczna tych procesów wywodzi się z ludzkiego, dialektycznego, sposobu postrzegania Tej rzeczywistości. Przejawienie nie jest systemem opresji, który gnostycy od wieków opisują, słowami ; „ciemność” – „śmierć” – „oszustwo” – „nikczemność”.
Tradycyjna gnoza w zestawieniu z gnozą „gnosenną” ma jednak pewien wspólny obszar, jest nim traktowania religii która nie ma być czymś, co się wie, lecz czymś czego się doświadcza. Nie tak jednak jak się doświadcza rzeczy tego świata, lecz każdorazowo sięgając poza granice już znanego doświadczenia.
Dlaczego teraz, w środku artykułu o Zgromadzeniu, sięgnąłem po gnozę, niczym królika wyjętego z kapelusza, okaże się na samym końcu opisu tej podróży.
Wróćmy do rozpoczętego, w pierwszej części „Zgromadzenia”, tematu.

Czy Zgromadzeni są tymi samymi co Niewidzialni, żyjący obok nas, na Ziemi?
Na terenie Izraela dokonał się akt przemocy. Oskarżeni zostali o to Amerykanie, ponieważ mieszka tam wielu Żydów i padło podejrzenie, że to oni pośrednio byli przyczyną tego zdarzenia. Tymczasem w ścianie, w skale, są zamknięte drzwi, za którymi spoczywa dowód, że sprawcami są od dawna zamieszkujący tę okolicę miejscowi , czyli Palestyńczycy!
Ameryka urażona wycofuje swoją pomoc z tego rejonu. Teraz będzie kontaktowała się ze światem (!) przez nas. Widzę, jak ten kontakt przybiera fizyczny kształt, to kamienna okrągła (!) płyta, która na mapie Polski zajmuje spory obszar w okolicach miasta Lublina.
Wcale nie żartuję. Taki miałem sen. Lublin był dawniej nazywany przez Żydów Nową Jerozolimą. Nie to jest jednak w tym śnie najbardziej odkrywcze, ale to, że Zgromadzenie to Ameryka z moich dawnych snów, Najbardziej na lewo wysunięta cywilizacja astralna której podstawą bytu jest świat wyobrażeniowo- emocjonalny 3 a nie fizyczny , tak jak nasz. Niewidzialni to ich współpracownicy symbolizowani we śnie przez Żydów i Palestyńczyków. Dawno temu zarzucono mi we śnie, że ja i mój ojciec jesteśmy Żydami! Wtedy potraktowałem to jako zabawne senne kuriozum. Widać z tego, że Niewidzialni mieli kiedyś kontakty ze Zgromadzeniem, ale po śmierci nośnika przedstawiciela Zgromadzenia , zapewne chodzi o Jezusa, zerwano je. Widocznie Niewidzialni nie dopilnowali właściwego kierunku rozwoju wydarzeń i zostali za to przez Zgromadzenie odrzuceni! Prawdziwymi sprawcami byli mieszkańcy Palestyny ale nie Żydzi, a ci których nazywano we śnie Palestyńczykami .To co prawda również Semici ale ta część z nich która jest zasiedziała na tej ziemi, ci którzy nie popadli w diasporę, wielowiekowe rozproszenie które przerodziło się w ekspansję i próbę zawładnięcia innymi świadomościami. Mamy zatem sygnał o dwu plemienności Niewidzialnych o diametralnie różnych intencjach.

Pytam, czy to Niewidzialni ze względu na swoje skłonności do tworzenia wężowych konglomeratów( W Krajobrazach zostało to dokładnie opisane) stanowili inspirację dla autorów Pięcioksięgu, Davida Icke’a i jego Reptilian, teorii Zacharii Sitchina, jak i podobnych wizji Antona Parksa. Oczywiście spodziewam się, w odpowiedzi na tak zadane pytanie, wybuchu śmiechu, po tamtej i tej stronie. Tymczasem…
Bohater mojego snu, Koreańczyk, pełni u nich funkcję tłumacza. (Ci „oni” to też jakby Koreańczycy, ale jacyś inni. Industrialni!) Początkowo i on, i oni mają ten sam cel. To znaczy „naszemu” Koreańczykowi tak się wydaje(ciekawa jest tu zbieżność ról bycia tłumaczem, w moich snach o Pająkach zlecono mi rolę tłumacza pomiędzy Nimi a nami).
Nasz Koreańczyk jest przekonany, że będzie tak dobrze jak do tej pory czyli, że my, ludzie, będziemy mogli dalej zbierać odpadki i puste opakowania, aby mieć z tego utrzymanie. Tymczasem prawdziwym celem industrialnych jest to, aby tłumacz uprzątnął wszystko wokół zakładu, po prawej stronie ekranu i na podwórku po lewej stronie od niego, za pomocą rury ssącej. Na jej końcu dodatkowo zainstalowano żelową gąbkę, do której przylepiają się resztki zanieczyszczeń, których rura nie wessie. Koreańczyk, tłumacz pomiędzy Nimi a ludźmi, orientuje się w pewnym momencie, że ludzie nie będą mieli już dla siebie żadnych resztek, bo Oni, oczyściwszy teren, nie pozwolą już zanieczyścić go na nowo. Wszyscy ludzie stracą więc podstawy bytu.
„Nasz” Koreańczyk buntuje się przeciwko takiej polityce swoich industrialnych rodaków, mocodawców. Ci industrialni Koreańczycy, traktują ludzi nawet nie jak robactwo, ale jak prymitywną, zbędną rasę, która powinna jak najszybciej wymrzeć! Taką mam wiedzę o tym, we śnie!
(Korea – pierwotnie Godżoseon, od Go, czyli „dawny”. Na początku naszej ery po upadku Godżoseon powstało królestwo Goguryeo (czyt. guri), tworząc wraz z królestwami Baekje i Silla „Trzy Królestwa Korei”.)
Kiedy się obudziłem, Koreańczycy od razu skojarzyli mi się z Koryszia z trzeciej księgi Krajobrazów(s. 341) Wtedy chciałem dostać się do współczesnej inkarnacji dawnego Jezusa. Powiedziano mi, że aby to zrobić: Trzeba złożyć ofiarę, swoje Koryszia. (Obraz: w butelce, u mnie to symbol duszy, był mlecznożółty płyn – poziom buddyczny 6). Myślałem, że to może jakaś inna nazwa duszy czy jakiejś ofiary tymczasem poinformowano mnie że: To są misy z najczystszych (!) metali, bez domieszek. Czyli byty (pojemności) znacznie większe niż nasze butelki, otwarte ku górze.

Wychodzi na to, że „bogowie”, czyli Zgromadzenie nadzorujące działalność Niewidzialnych, którzy wspierają ludzi w ich ewolucji, są w konflikcie intencji, wobec nas. Chodzi zapewne o powiększoną bez zgody industrialnych pojemność ludzkich świadomości – Koryszia. Wypisz wymaluj mamy obraz z książek Sitchina czy Icke’a, tak mocno i prześmiewczo ocenianych przez zdroworozsądkowo myślących krytyków ich twórczości. Sitchin nazwał ich odpowiednio, bogów Starego Testamentu występujących w nim w liczbie mnogiej – Elohim, Anunnaki. Im dwóm zwaśnionym w sprawie ludzi stronom przewodzić mają odpowiednio nasz twórca i nasz dręczyciel, Enki i Enlil. Ci, którzy nami pogardzają, to nie kto inny jak reptilianie Davida Icke’a, widać mają coś z gadziego albo wężowatego wyglądu na poziomie astralnym, no i polaryzacja o 90 stopni która powoduje ten gadzi błysk w ludzkich oczach. Ci, którzy nas wspierają, to ci sami, którzy od wieków chcą nas podnieść z błota zwierzęcości. Wąż „kusiciel” niosący nam wiedzę , ten z biblijnego Pięcioksięgu to „nasz” Koreańczyk. W sumie dobry Enki. Poziom świadomości zwany Koryszia to zbiorowość Anunnaki/Elohim. Podzielona na stronnictwo Enkiego i Enlila. Enlil to pradawny wąż, nasz industrialny nieprzyjaciel gardzący nami, w mitologiach nam bliskich, określany Szatanem
Jest i drugi wąż, który chce nas wspierać i podnosić naszą duchowość a którego rozpoznajemy w relacjach o wężowatej Kundalini. Jego moglibyśmy określić naszym Wybawcą.
Święty Paweł, apostoł heretyków, również gnostyk, uważał, że Chrystus jest w każdym z nas. To droga do zbawienia, a nie osoba, jak to administracyjnie zaordynował cesarz Konstantyn, który kazał wygnać z cesarstwa wszystkich gnostyków, opierających się na swojej duchowej wiedzy.

Oczywiście opowieści o Szatanie i Zbawicielu to takie nasze ludzkie wyobrażenie rywalizacji pomiędzy cywilizacjami o odmiennym podejściu do nas, ludzi. Enlila utożsamiono z Szatanem, a Enkiego z Bogiem.
Wygląda zatem na to, że Stary Testament to relacja zapisana w duchu tej części zbiorowego boga (Elohima), która gardzi ludźmi, to również ten zły bóg gnostyków. Nowy Testament relacjonuje stosunek do ludzi, jaki ma Zgromadzenie/Enki i ich delegaci zwani na Ziemi prorokami. Tacy jak na przykład Jezus. Musimy zatem jako ludzie wykazać, że jesteśmy godni miana cywilizacji zdolnej do bycia partnerem dla wszystkich Elohim! Czyli nie żadnych bogów, ale tych, których ludzie nazywają kosmitami.
Prawdziwy Bóg, Źródło i Oś Świadomości-Zbawiciel-Pan Wielkiej Karmy(Czerwień 1-5 aż do <10), jest tylko, a raczej aż Obserwatorem i nie o Nim jest ta pieśń poświęcona Zgromadzeniu. Tu analizujemy czyny bogów, z mniejszej litery.

Sitchin pomawiany był o świadome propagowanie idei NWO, sugerowanie ludziom, że są jedynie genetycznie zmanipulowanymi małpami. Ku mojemu zaskoczeniu to, co pisał, świetnie składa się z moimi relacjami ze snów. Przekładając to na język snów: prawdziwym sprawcą zmiany porządku „naszego” świata jest bóg solarny z czwartego (mentalnego) poziomu Świadomości, działające w jego wnętrzu konglomeraty/cywilizacje/Zgromadzenia. To on za ich pomocą przebudowuje peryferyjne świadomości w obrąbie swojej domeny. Uśrednia je, aby w przyszłości stworzyły jedną harmonijną całość, nowe ciało Świadomości boga solarnego 4 „naszego” układu słonecznego, nowy zasób świadomości pozwalający mu przeciwstawić się Bogu Przejawienia Metatronowi 8/3, jego ucieczka przed anihilacją do Nieprzejawienia 8-12 jaką mógłby zadysponować 8/3. Mamy zatem z typowym obrazem zstępowanie Świadomości w materię i z lekiem przed powrotem do Nieprzejawienia, tyle że proces ten dotyczy boga naszego układu słonecznego(nawet jego!), nie nas personalnie ale nas jako jego domeny.
Umysł Słońca (!) działający w swoich materialnych i subtelnych ciałach, inteligencja (czwartego poziomu) przeciwstawia się najwyższym warstwom Świadomości tego Przejawienia 8/3.
Kiedy się temu procesowi uważniej przyjrzymy, pasuje to do współczesnych nam teorii astronomicznych, tyle, że opisanych językiem metafizyki, a nie językiem fizyki.
Co ciekawe gnostycy mieli również jakąś wiedzę na ich temat. Zapewne to ich określano Archontami.
Albowiem Archontów „owoc jest trucizną, na którą nie ma odtrutki, a ich obietnica jest śmiercią dla niego. Ich drzewo zostało zasadzone jako „drzewo życia”[…] „Życie”, którego ma udzielać owo drzewo jest „duchem imitacji” czy też „duchem fałszu”, który chce odwrócić Adama od światła, aby nie poznał swego spełnienia”. (K. Rudolph, Gnoza)
Pesymizm gnostyków zapewne wywodzi się ze zbyt osobistego pojmowania przeciwbieżnych nurtów Przejawienia i z niezgody na tę Konieczność w której są zanurzeni, ich poznanie-gnosis miała przynieść wolności wyboru.
Co ważne, a w dzisiejszych czasach może już tylko trąci nostalgią za fundamentalnymi polemikami religijnymi, chrześcijaństwo usunęło gnostyków ze swych szeregów jeszcze za czasów Konstantyna , w typowy dla siebie sposób, wymordowano ich, ale ich urojenie, najbardziej marzycielskie z gnostyckich urojeń, o wolnej woli, ropieje od wieków w ciele doktryny chrześcijan jak ułamany grot wroga.

Przed zaśnięciem proszę, aby pokazano mi, jak wygląda wąż, który kusił Adama i Ewę.
Mimo całonocnego nasłuchiwania dowiedziałem się jedynie, że:
– To ciąg czterech prostokątnych elementów! (Pociąg-Linia Konieczności dalekiego zasięgu!)
Kolejnej nocy nie kontynuuję pytania o węża, bo przyszło mi do głowy, czy nie dałoby się porozmawiać z bohaterami naszych dociekań osobiście.

Szirin, pogadajmy z Enkim i Enlilem.
Zanim jeszcze zasnąłem, siedząc przed telewizorem, kiedy mi na chwilę „poleciało oko”, zauważyłem, jak do mojej łazienki wchodzi czarny byk i w niej znika! Z wielkim zaciekawieniem położyłem się do łóżka.
Pierwszy sen bardzo krótki, ale niestety zapomniany. Drugi sen pewnie o tym samym, tyle że nieco bardziej rozbudowany.
Wychodzę z domu. Na dole widzę, że drzwi na podwórko zostały bez mojej wiedzy wymienione na nowoczesne. Stare miały wąski pionowy świetlik, te mają cztery (!)wąskie poziome świetliki i cztery dziury na zamki. Zamków jeszcze nie zainstalowano. Przypuszczam, że wymianą zajął się siostrzeniec, ale to tylko domniemanie. Na dodatek niczego nie słyszałem. Najmniejszego hałasu. Wracam sprawdzić, czy autor tej zmiany nie pozostawił na moim piętrze kompletu nowych kluczy dla mnie. Wracając, widzę jeszcze jedną zmianę. Kiedy schodziłem po schodach, wcale jej nie zauważyłem. Tymczasem ten sam „ktoś” zerwał całe lastrykowe powleczenie schodów! Teraz pozostała jedynie betonowa wylewka, taka ich głęboka warstwa. Pewnie remontujący ma zamiar położyć jakieś nowomodne płytki!
Nowe klucze rzeczywiście leżały po lewej stronie drzwi mojego mieszkania, na niewielkim parapecie. Wracam na dół do przebudowanych drzwi. Aby wyjść z domu, muszę pokonać stertę pustaków ustawionych w ich świetle. To taka tymczasowa konstrukcja, aby docisnąć futryny do ścian. Przełażę przez pustaki wierzchem i jestem już na zewnątrz. Na podwórku, po lewej stronie, kręci się obcy mężczyzna. To nie siostrzeniec. To ktoś całkowicie obcy. Nie odzywamy się do siebie. On unika mojego wzroku, a ja nie spoglądam w jego twarz. Ot tak kręcimy się bez celu po podwórku. Chyba obydwaj czekamy na autobus! Staję twarzą do frontowej ściany swojego domu i widzę, że drzwi to nie jedyny element, który został niepostrzeżenie zmieniony.

Obydwa (!) balkony zostały zabudowane w formie lóż, a cała elewacja została ocieplona. Pomalowano ją na ten sam ciemnobeżowy kolor, jaki miała do tej pory, ale wyraźnie jest odnowiona. Dom (4) przez to stał się większy. Czyżby to w właśnie było owo słynne udoskonalenie – Koryszja? Mijam mężczyznę, który nadal stoi przed domem. Teraz mam go z prawej strony, zaglądam za róg budynku, aby sprawdzić, czy wszystkie ściany zostały ocieplone. Okazuje się jednak, że nie. Zrobiono to tylko od frontu. Postarano się tak tę modyfikację zamaskować, że łączenie starego z nowym prawie nie rzuca się w oczy. Podejrzewam, że facet, który stoi przed domem, ma coś wspólnego z tym remontem. Wciąż mnie dziwi, że niczego nie zauważyłem. Żadnych prac remontowych. Na zewnątrz nie ma żadnych narzędzi ani pozostałości materiałów, jakie zawsze są widoczne po takim remoncie. Wciąż nie mogę pojąć, kiedy to wszystko zostało zrobione. Nie muszę dodawać, że skoro się mnie nie pytano o zakres robót, to nie poczuwam się w partycypowaniu w kosztach tego remontu. Skoro ten ktoś chciał to zrobić z własnej inicjatywy, to niech teraz pokryje tego koszty!
W trzecim śnie doczekaliśmy się na autobus i odbyliśmy długą podróż, ale niczego nie udało mi się z niej zapamiętać. Może następnej nocy coś z niej uchwycę. Na razie widać, że nieco przedefiniowano drogi wewnętrzne mojego ciała mentalnego i zmieniono wejście z jednokanałowego na czterokanałowe oraz zaizolowano termicznie elewację frontową. Czyżby zbliżali się „bogowie”?
Proszę ponownie o spotkanie z Enkim i Enlilem. Nie przypuszczałem, że zmiany te wprowadzono po to, aby przejąć kontrolę nad moją identyfikacją z samym sobą.
Wchodzę (!) do mojego domu (ciało mentalne 4) od ulicy. Przechodzę przez ciąg pomieszczeń rozdzielonych drzwiami. Drzwi jest czworo (!), licząc te wejściowe i wyjściowe. Dla ułatwienia przechodzenia przez nie (we śnie nie mieszkam tu na stałe!) w drzwiach od środka pozostawiłem klucze. Nie obawiam się o to, że ktoś będzie chodził tędy bez mojej wiedzy, bo od zewnątrz mogę otworzyć drzwi tylko ja. To taki kanał ze śluzami, o którego istnieniu w moim domu nie miałem jako człowiek do tej pory pojęcia!
Wychodzę na ogród. Jakiś czas temu zauważyłem w ogrodzie po lewej stronie dwa malutkie dzikie koty. Gdzieś tu musi być w pobliżu ich kocia mama. Postanowiłem dzisiaj odnaleźć miejsce, gdzie mieszkają. Ledwie zszedłem ze schodów, kiedy po lewej stronie zauważam spory dół w ziemi. Podchodzę ostrożnie, aby nie wypłoszyć kotów. Zaglądam, stając na palcach. Widzę maleńkie, jeszcze ślepe kotki i ich matkę. Matka nie przypomina kotki. Wygląda, jak umięśniona macica będąca częścią tej jamy w ziemi! Odchodzę na dwa, trzy kroki, aby ich nie niepokoić. Mam pewien pomysł. Poszukam starych szmat i przykryje tę jamę. Będzie im cieplej. Po chwili sam siebie karcę. Godne są czegoś lepszego niż stare szmaty. Może lepszy będzie kocyk.

Zza domu na zabawnie wyprostowanych (!) łapkach nadbiegają dwa kotki, które tu kiedyś widziałem. Podrosły już nieco. Dziwnie się poruszają na tych wyprostowanych nogach. Moje rozbawienie i rozczulenie całą sceną przerywa brutalne wtargnięcie jakiegoś bydlęcia, które wbiegło za dwoma malcami zza domu. To przed nim uciekali ci malcy. Jest to jakieś duże stworzenie, które zmienia się, wyglądając raz bardziej jak baran, to znowu jak byk. W każdym razie to bydlę jest rogate (!) i ma określone zamiary wobec kotów chodzących na wyprostowanych łapkach. Niewiele myśląc, ruszam kotom na odsiecz. Straszę rogatego zwierza, ale on nie jest taki znowu strachliwy, więc muszę się trochę nabiegać, robiąc w jego kierunku nieprzyjazne gesty i krzycząc odstraszająco.
Stwór wycofuje się na ulicę, z której wbiegł, porusza się równolegle do kanału, który ja pokonałem wewnątrz domu, tyle że jego droga biegnie na zewnątrz. Wybiegam za nim na ulicę. Rozglądam się. Po lewej stronie w oddali widzę jednego czy dwa takie rogate stwory próbujące dostać się na inne posesje, po mojej stronie ulicy ale dużo niżej, już za poprzecznym skrzyżowaniem dzielącym moją ulicę na wyższą i niższą część. Bydlęcia, które przegoniłem, nie widzę. Czyżby się przemieniło w dziwnego mężczyznę w tyrolskim kapeluszu? Jego kapelusz i ubranie rzeczywiście przypomina nieco tyrolskie, tyle że samo nakrycie głowy jest bardziej rogate! To chyba pasterz (Niemiec- Niemowa!) tych bydląt, a może przeistoczone w pasterza bydlę, które przed chwilą przegoniłem? Właśnie podchodzi do ultrakatolickiej sąsiadki stojącej w drzwiach swojego domu. Jej dom jest po przeciwnej stronie ulicy. Podaje jej swój wytwór. Mały okrągły biały kawałek pokarmu. Sąsiadka widać jest stałą odbiorczynią tych „darów”. Pastuch bydląt mówi do niej, ale tak, abym ja to usłyszał (najwyraźniej to ja mam być adresatem jego słów):
– U was, na tym zadupiu, to wszyscy tacy…
Po chwili następuje przesunięcie w czasie. Powracam do domu ulicą, która biegnie za moim domem! Przechodzę przez ciąg pomieszczeń nie swojego domu tak jak poprzednio przez śluzy w moim, tyle tylko, że obydwa przejścia pozostają do siebie pod kątem prostym (90 stopni !). Tu nie mam swoich kluczy, przechodzę jakoś tak… przez ściany! Na samym końcu przejścia trafiam na zaskoczonego moim pojawieniem się strażnika, który coś gniecie na stole. Mija parę chwil, zanim się orientuję, co on na tym stole robi. On dusi koty, rozgniatając je po kolei na blacie! Jestem tak zszokowany, że zanim podejmuję jakiekolwiek działanie, strażnik zdąża dodusić ostatnie z kociąt. Trochę mu nie w smak, że jestem świadkiem tego procederu, ale nie są to obiekcje natury etycznej. On najwidoczniej nie lubi mieć świadków tego, co robi. Jestem wzburzony do tego stopnia, że czuję mdłości.
W takim stanie właśnie się budzę. Przez chwilę dochodzę do siebie.
Ciekawe powinowactwo ze snami o wściekłym byku-strażniku przejścia (byki były dwa , drugi był łagodny co świetnie tłumaczy się w tej sytuacji), pojawiającym się kiedy chciałem przejść tajemnym przejściem pomiędzy kanałami wstępującym i zstępującym Świadomości. Byk co wiemy z mitów greckich wyłania się z falowości morza, dlatego jak możemy to przeczytać w opracowaniach poważnych badaczy symboli , jak choćby Lurker ma bezpośredni związek z symbolem węża czyli z falowaniem. Dla śniących to informacja że z Pola Świadomości 6-8 (wielka woda) wyłania się konkretna tendencja, nurt działania, ciężka materia.
Z kolei koty będące zwierzętami nocy, to tak naprawdę symbole księżycowe, reprezentujące ziemską karmę związaną instytucjonalnie z Księżycem i jej Czarnymi dysponentami, to senny symbol myślokształtów, egregorów w które Czarni przyoblekają zstępujące linie Świadomości nadając im urojone ‘ja’.

Pytam Szirin, co na to Enki. Czy Enki patrzył moimi oczami na dzieła Enlila?
Głos: Mnie się o nic nie pytaj. (Głos jest bezradny i przepełniony smutkiem).
Budzę się. Wszystko staje się jasne. Szafarzem posłania miłości Enkiego, którego posłańcem był Jezus, stał się na ziemi kościół Enlila. Dlatego patrząc na zachowanie chrześcijan, wszyscy przeżywamy dysonans poznawczy. Z jednej strony głoszą chęć naprawienia złej ludzkości, a z drugiej robią to jakoś tak po zbójecku i bez emocji. Jakby chcieli siebie i innych wytracić!
W tym kontekście, mało zrozumiała, bez właściwego naświetlenia tła, biblijna przypowieść o Hiobie, staje się jasna i w pełni prawdziwa!
Moja perska (!) Szirin, czy to może być prawda?
(Szirin nie jest imieniem mojej Duszy a imieniem ‘ibbura czyli bytu który chce się zrealizować w cielec człowieka pomagając mu jednocześnie w jego rozwoji, z racji jego perskiego imienia lepiej było by go nazwać Frawaszi, ponieważ należy się domyślać ,że to byt związany z tym kręgiem kulturowym, działający na poziomach 6-8, podobny do bodhisattwy czy al Khidra a być może właśnie Enkiego !)

Niestety mimo dłuższego leżenia w łóżku nie mogę już zasnąć. Przypomniał mi się jednak wczorajszy dokument oglądany w stacji National Geographic, opowiadający o niewątpliwie już dwunożnym, myślącym, czarnym człowieku, który to gatunek wyewoluował, w nieznanych autorom dokumentu okolicznościach, na południu Afryki, a jego przedstawiciele, migrując (uciekając?) na północ, po przejściu lądem przez przesmyk przekopany dzisiaj Kanałem Sueskim, na terenach dzisiejszej Syrii i Iranu, czyli dawnej Persji(!!!), spotkał na swojej drodze neandertalczyków. Krzyżując się z nimi, dał początek nowym mieszańcom. Tak powstali przodkowie prawie całej współczesnej ludzkości. Nie byli już czystej krwi mutacją afrykańską, a jej mieszańcem z neandertalczykiem. Potomkami tych mieszańców są rasy białe, żółte i czerwone.
Wygląda na to, że ktoś kogo nazywamy za Persami Enlilem, jest tym, który chce nas zniszczyć, używając do tego instytucji, które sami ludzie wytworzyli na drodze swojego rozwoju. Dotyczy to nie tylko przywódców państw, jak mówił o tym D. Icke, ale i takich wytworów jak religie instytucjonalne. Enki działa za pomocą własnego przykładu, chcąc nas pielęgnować. Enlil chce ludzi zniszczyć, nakładając na nas jarzmo. To nie ma nic wspólnego z Bogiem. Bóg jest kategorią metafizyczną, natomiast Enki i Enlil to są całkiem realne byty.
Nasuwa się oczywiście pytanie, gdzie są ci nasi przeciwnicy i sprzymierzeńcy. Skoro są materialni, dlaczego ich nie możemy dojrzeć? Odpowiedź już uzyskaliśmy w czwartej księdze. Są w przestrzeni spolaryzowanej pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, czyli dla nas niewidzialnej. Tak jak Niewidzialni, którzy nas pielęgnują! Ciekawe, ale i trochę przerażające.

Pytam, czy to wszystko prawda. Chodzi mi oczywiście o Anunnaków?
Sen wstępny. Przyglądam się amfiteatralnie ustawionemu rzędowi krzeseł. Na oparciu każdego z nich widzę blaszkę z numerem miejsca. Na tym „moim”, najbliższym mnie, ostatnim z lewej strony całego rzędu, na srebrzystej blaszce widnieje wyraźny numer 454. Interesująca wydaje się jego symetria. Dwie czwórki po bokach większej o jeden wartości, jaką jest piątka. Numerologicznie stanowią pośrednią sumę 13 i ostateczną 4 (Nieprzejawienie – Ziemia/mental). Wszystko wyjaśni się nad ranem.

Kod zostanie rozszyfrowany w zaskakujący sposób. Tymczasem zasypiam głębiej.
Skonstruowałem urządzenie, które zainstalowałem po prawej stronie ekranu śnienia. To skrzynka, w której umieściłem co prawda nie swoją aparaturę, ale taką, którą potrafię się posługiwać. Sama skrzynka też właściwie nie jest całkiem moja. Ja ją jedynie odświeżyłem, i to niezbyt starannie, bo pod wierzchnią warstwą farby widać niezaszpachlowane krawędzie starych lakierów. Kolor jest taki jakiś… żółty, ale mało uchwytny! To kamera-fotoradar!
Aby uzyskać lepszy efekt końcowy (!), manipuluję daszkiem, który wsuwam pod prowadnicę, aby nie odstawał do góry. To takie ostatnie poprawki. Nie wszystkim się to jednak podoba. Właściwie to są dwie grupy. Jedni to akceptują, a inni nie za bardzo !!!
Stoję z przodu autobusu. Pomiędzy kierowcą (którego obecność sen pomija) po lewej a pasażerem siedzącym po prawej. Z lewej strony, ale jakoś tak z za moimi plecami, przechodzi kobieta, kierując się w kierunku pasażera siedzącego po mojej prawej stronie na krzesełku, niemal równoległym do siedzenia kierowcy. Niby się nie znają, ale ona idzie w jego kierunku, za moimi plecami (!). Ta kobieta jest Mesjaszem! Jest zjawiskowo piękna! Świadomie wykorzystuje swoją urodę, aby ukryć swoje prawdziwe cele!
Staram się nie ulec jej urokowi, który rzuca na wszystkich tumaniący czar.
Chcę mimo jej zniewalającej urody potraktować ją jak zwykłego partnera do rozwiązywania zadań, jakie przed sobą postawiłem.
Budzę się i analizuję. Obydwoje, i ta z lewej, i ten z prawej, są sobie bliscy. Ten z prawej jest mi obojętny i chyba z wzajemnością, ale kobieta z lewej próbuje mnie zniewolić swoim urokiem. Ona była kierowcą autobusu.
Pytam zatem, jakie cele ukrywa pod swoją ujmującą powierzchownością.
Głos: Wtedy używałem telewizora, wtedy jestem pytany (składnia oryginalna).
Nie wierzę własnym zmysłom. Na pytanie odpowiedział nie kto inny jak ktoś przypominający/udający Ducha Świętego.
Z ekranu telewizora przemawiał do mnie właśnie On, ilekroć go tylko o to prosiłem. W najgorszym razie ktoś jak Maestroza, jak moja Naddusza 7+.
Ale ta nie jest moja!

Pytam ponownie: Jaki jest prawdziwy cel tej pięknej kobiety, Mesjasza?
Widzę, jak w pojemniku, w którym są różne rodzaje pożywienia, zanurza się malakser i wszystko przerabia na homo(!)genną papkę!
Pytam dalej: Ale jaki ona ma w tym interes?
Na płaskiej, poziomej powierzchni widzę dwa (!) okrągłe otwory o głębokości kilku centymetrów. Były zrobione jakiś czas temu, dawno, w środku nagromadziło się trochę śmieci. Właśnie je wyjmuję.
Naprawiam starą rakietę, prostuję właśnie talerzowatą antenę na jej szczycie. Była całkiem zgięta. Chyba rakieta uderzyła w jakąś przeszkodę.
Pojawia się zrozumienie: Ich koncepcje, nasze wykonanie!
Widzę wir energii, płaski jak talerz. Wiruje przede mną. W sam środek zostaje wprowadzony maleńki okruch materii (!), co powoduje powstanie w środku wiru tunelowego, który pogłębia się z każdą chwilą. Na ruchomej płaszczyźnie widzę, jak z jednego punktu wybiegają dwa promienie i tworzą z krawędzią płaszczyzny trójkąt o kącie prostym i różnych od siebie bokach. Płaszczyzna się obraca, ale promienie wycinające z niej konkretną przestrzeń dynamicznie się dopasowują do jej obrotów i już automatycznie utrzymują swoje wzajemne relacje. Chcą(!) opanować konkretny wycinek przestrzeni!
W takim razie, skoro chcecie opanować jakąś przestrzeń, do czego jesteśmy wam potrzebni?
Przekaz: Waszą zaletą jest krótkotrwałość! (Chodzi o to, że żyjemy zbyt krótko, aby zorientować się w pełnej palecie możliwości. Nasze życie jest na to zbyt krótkie!)

Proszę Szirin o jej komentarz do tego, dość cynicznego, potraktowania ludzkości.
Zatrudniliśmy z żoną nową sprzątaczkę. (Kiedyś w snach mieliśmy sprzątaczkę w czerwonej (kauzalnej – 5) sukni. Sprzątała i w środku, i na zewnątrz domu, wyręczała nas we wszystkim, pozbawiając wpływu na to, co będzie sprzątała, jednocześnie przy tym sprawiała wrażenie całkowitej uległości wobec mnie (poziom przyczynowo-skutkowy – 5).
Ta jednak jest zupełnie inna. Przede wszystkim jest radosna i wprowadza w całym domu radosną atmosferę. Co charakterystyczne, przebywa w jednym miejscu w salonie i nie widzę, żeby się w ogóle przemieszczała! Jest za to otoczona różnymi sprzętami. To właściwie są jej media. Na werandzie zostawiła włączony wciąż mały telewizor (!). Mimo, że nikt go nie ogląda, na ekranie wyświetlany jest wciąż program(!).
Cały dom wypełnia radosna muzyka, przez co ten radosny nastrój udziela się wszystkim. Co ciekawe, jej oddziaływanie jest znacznie szersze niż przestrzeń naszego domu (4). To chyba pod jej wpływam zmieniło się nasze sąsiedztwo z lewej strony. Teraz mieszkają tam matka z dwiema dorosłymi córkami.
Siedzą na swojej werandzie (ich dom przylega teraz do naszego, jakby to był współdom), piją kawkę, wesoło rozmawiają. Wybiegają do ogrodu, córki z matką bawią się na trawniku jak małe koty (!), przewracają się, miętoszą radośnie.
Wiele w ich zachowaniu jest mimowolnej erotyki. Jestem zaskoczony całą zmianą. A wszystko to za sprawą jednej sprzątaczki?

Przechodzę na prawo do mniejszego pokoju. Wyglądam przez okno na ogród, czy i stąd widać tę radość.
Sąsiadek co prawda nie widać, ale na kocu leży ktoś, kto przypomina mi moją siostrę (zbiorowy umysł ludzi). Mimo że leży biernie, widać, że i ją przepełnia nowy duch.

Sprzątaczka, która nie zmienia swojego miejsca i wciąż znajduje się na środku salonu, emanując radością, ma silny wpływ nie tylko na całe otoczenie, ale również na mnie. Przechodzę jeszcze bardziej na prawo, do kuchni, i zaczynam bezwiednie sprzątać bałagan. Zbieram dawno porzucone na podłodze przedmioty, czarną (!) wykładzinę wyjętą z samochodu już wiele dni temu. Wytrząsam piach, zamiatam, odkurzam. Jednym słowem całą robotę wykonuję ja sam pod wpływem sprzątaczki, która w ogóle się nie rusza ze środka salonu. W kuchni wszystko pojaśniało i właśnie wszedłem pod niewielki dwupoziomowy stolik aby wytrzeć kurz z dolnego blatu, kiedy do kuchni wszedł niewysoki, krępy, śniady mężczyzna w czarnej kurtce! Mówi do mnie, abym teraz zapłacił mu za to, co mi kiedyś dostarczył! Odpowiadam spod stołu, że to jego sprawa. Ja go o nic nie prosiłem.
Sam zostawił wszystko na własne ryzyko, co więcej, nie było żadnej mowy o tym, że mu cokolwiek zapłacę.
A zresztą cóż to znowu takiego było? Niczego tu nie widzę, może wszystko wyrzuciłem, a może jemu coś się pomyliło?
On tymczasem swoje, jak typowy naciągacz, szantażysta.
Wyłażę spod stołu. Staję w postawie pionowej (zmiana polaryzacji o 90 stopni). Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, że jestem od niego znacznie silniejszy i mógłbym go wyrzucić z domu jedną ręką. Co prawda wiem, że w pokoju za nim w odwodzie stoi drugi taki sam czarny(!) typek, dużo roślejszy od niego, ale wcale się nie boję, bo mam teraz swoich ludzi, którzy wezmą ich za kołnierze, tych ich czarnych kurtek i wyrzucą na zbity pysk!

Tak kończy się moja opowieść o Elohim i ich próbie udzielenia nam wiedzy po to, abyśmy się rozwinęli, ale tylko na tyle, aby mogli nas użyć instrumentalnie w swoich planach opanowania wycinka przestrzeni, tak jak używa się jednorazówek. Dzieło przerosło swojego „twórcę”. Piszę z małej litery i w cudzysłowie, bo prawdziwym Twórcą jest oczywiście poziom niebotycznie wyższy 8-12. Nie tylko od nich, ale i od służącej, która postanowiła pomóc mi w samodzielnym uporządkowaniu mojego ludzkiego umysłu.
Tu właśnie ujawnia się symboliczny , głębszy sens, numeru mojego miejsca ze snu – 454. Już z samej tej liczby można wysnuć całą opowieść dzisiejszej nocy.

I tu warto, na powrót, sięgnąć do tradycyjnej gnozy i to jej najstarszej formy. Gnozy jako wykładni opowieści o stworzeniu człowieka z Księgi Rodzaju.
Golemiczna postać Adama Kadmona została uformowana z pierwotnej materii chaosu przez Demiurga i jego Archontów. Jednak Demiurg i jego Archonci byli zdolni jedynie do obdarzenia swojego tworu duszą wegetatywna, pozwalającą Adamowi na bardzo prymitywną egzystencję , poruszał się pełzając. Dopiero interwencja transcendentnego Boga i umieszczenie w Adamie boskiego światła Świadomości sprawiła, że Adam przyjął postawę stojącą i stał się obrazem i podobieństwem Boga. O czym właśnie, z zaskakującą precyzją, opowiedziały moje sny.

„Chwilami myślę, że śnię. I co dzień rano otwieram tę samą księgę i czytam te same słowa, by pogłębić moją wiedzę istotną. I z niej to czerpię pożywienie codzienne dla ducha, a samotny jestem jak pająk w swej sieci. Takim będę do śmierci”.
Witkacy, 622 upadki Bunga